poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Od jutra

"Od jutra"... Nie znoszę tych słów. Pewnie żadna kobieta, próbująca się odchudzać, czy coś osiągnąć lub cierpiąca z powodu zaburzeń odżywiania ich nie znosi. Ja naiwnie znów w myślach je powtarzam. Już w nie nie wierzę. Sama sobie nie ufam. Nie wiem co robić, wariuję nie wiedząc ile ważę, wiecznie pocieszam się jedzeniem i szukam w sobie jakiejkolwiek motywacji do życia. Mam tyle do zrobienia... Momentami są nawet chęci, ale później brak bodźca, który doprowadziłby mnie do celu. Weekend spędziłam w pracy. Do momentu kiedy byłam poza domem nie musiałam wcale dużo jeść. Wystarczyło mi skromne drugie śniadanie, które wzięłam do pracy, ale po powrocie... Nie potrafiłam się opanować. Dzisiaj podobnie. Szlag wszystko trafił już rano. Zaspałam, a musiałam załatwić pilną sprawę. Wyleciałam bez śniadania, w niezadowalającym mnie (i niezaplanowanym) wydaniu. Jak tylko załatwiłam, co miałam załatwić, wróciłam do domu, żeby schować się przed całym światem. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj tryskałam energią i z uśmiechem wykonywałam swoją pracę (obecnie jestem hostessą), z łatwością nawiązując kontakt z klientami... Dziś wszystko było nie tak. Jak wróciłam nie chciało mi się już szykować zaplanowanego śniadania, zapchałam się ciastem i chlebem. Próbowałam się opanować i nie zaprzepaścić tego dnia, jednak nie dałam rady. Do wieczora mój dzień wyglądał identycznie. Jadłam. Opanowałam się tylko podczas zakupów - zamiast chipsów i batoników kupiłam owoce, daktyle i bułki (powiedzmy, że to mniejsze zło). Co ciekawe nie wymiotowałam. Nie lubię tego robić i nie mam na to sił. Znów jestem jedzenioholiczką. Nigdy nie przestałam nią być, jednak "na chwilę" wkroczyłam o poziom wyżej, w świat bulimii. Przestałam też brać psychotropy. Wiem, z tymi lekami nie ma żartów, nie mogę sobie sama ich dawkować i przerywać kuracji co kilka dni... Teraz już do nich nie wrócę. To dla mnie za duże obciążenie. Nie mogę normalnie żyć, bo ciągle muszę się pilnować, żeby przypadkiem nie wypić gdzieś lampki wina, nie wziąć leków, których łączyć z fluoksetyną nie wolno, czy nie zaszkodzić sobie nieświadomie, chociażby znieczuleniem u dentysty. A dlaczego znów przestałam je brać? Zapewne nie zaczęły jeszcze działać w pełni, ale znów czułam się jak niewolnik swojej psychiki. Jednego dnia nawet fizycznie byłam gotowa wymusić wymioty - czułam się ociężała, przejedzona i co najmniej 10 kg grubsza. Psychika zaś nie pozwalała mi tego zrobić. I nie zrobiłam. Nawet nie próbowałam. Chciałabym powrócić do zdrowego odżywiania, opartego głównie na owocach i warzywach, jednak na dłuższą metę się to nie uda. Owszem, czułam się wówczas wspaniale i nie miałam tak często jak obecnie potrzeby obżerania się byle czym, ale niestety. Nie stać mnie na niemalże codzienne zakupy i to w dużych ilościach. Ostatnio i tak wszystkie pieniądze jakie tylko mam wydaję na jedzenie. Sęk w tym, że zdrowe jedzenie sporo kosztuje i trzeba go kupić więcej, jeśli na nim właśnie ma opierać się dieta, a mnie nikt nie wspiera. Nie mam do nikogo pretensji, jednak nie zamierzam udawać, jakoby pieniądze nie miały żadnego znaczenia w kwestii choćby zwykłego odchudzania. Nie wspominając już tutaj o problemie zaburzeń odżywiania... Właśnie odczytałam maila z ośrodka, w którym leczą bulimię i anoreksję - turnus trwający 6 tygodni kosztuje 12 tys. zł. Choćbym była umierająca, moja rodzina spod ziemi nie wyjmie tych pieniędzy. A szczególnie w przypadku, kiedy żyję, (na pozór) mam się dobrze i funkcjonuję, jakbym nie miała najmniejszego problemu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz