niedziela, 18 sierpnia 2013

Kobieta zmienną jest

Sama nie wiem dlaczego. Nie przestałam jeść. Nie potrafię i nie chcę. Przestałam wymiotować - chciałoby się napisać. Niestety nie. Zrobiłam sobie tylko od tego przerwę, kiedy już czułam, wiszącą nad sobą, śmierć. Miałam wytrwać bez tego, stosować dietę... Jeden dzień wyjątkowo udany, za to drugi totalna porażka. Kiedy już nadejdzie taki dzień, taki jak wczoraj nie liczy się nic poza jedzeniem. Tak naprawdę nie mam pojęcia jak to się zaczyna i co jest tego przyczyną, ale na pewno łatwo mnie później zdołować byle czym. Podczas takiego dnia siedzę w domu i jem. Nie mam ochoty pokazywać się nikomu, nie mam ochoty na siebie patrzeć, dbać o siebie, robić czegokolwiek, bo przecież nic się wtedy nie liczy. Dlaczego? Bo i tak się zabiję. Idiotyczne myślenie. Przecież wiem, że tego nie zrobię i wiem, że tego nie chcę, ale kiedy już czuję się tak paskudnie inne myśl nie przychodzą mi do głowy. Chciałabym w takich chwilach móc z kimś porozmawiać, usłyszeć pocieszenie, którego sama sobie nie mogę dać. Ale wiem, że nie ma osoby, która by mi pomogła, więc nawet nie szukam pomocy. Zaczyna się niepozornie, coś (nie wiem co) sprawia, że muszę zjeść coś, czego nie zaplanowałam, a zazwyczaj do tego jest to coś, czego jeść nie powinnam. Wtedy się zaczyna. Pozwalam sobie na coś jeszcze, ale kiedy czuję, że dzień jest przegrany, bo grzeszków było za dużo, zaczynam jeść nałogowo. Uwielbiam to uczucie, kiedy jem, co chcę i ile chcę, kiedy nie muszę się kontrolować i kiedy jestem zwyczajne najedzona. Jednak wtedy czuję, że muszę zjeść tak dużo, aż nie będę mogła więcej w siebie wcisnąć. Nie wiem kto mnie do tego zmusza, ale chyba nikt nie byłby w stanie mnie wtedy zatrzymać. W czasie takiego ataku jem zazwyczaj wszystko, co znajdę pod ręką, z pominięciem produktów dietetycznych, zdrowych, czy mało sycących. Omijam owoce, warzywa, jogurty, czy potrawy wymagające drogich składników i czasochłonnego przygotowania, zostawiając je na "lepsze czasy". Zapycham się dużą ilością chleba, makaronu, naleśników (ostatnio nawet takich z samej mąki, wody i cukru), słodyczy, czy słonych przekąsek. Wtedy już wiem, że to zwymiotuję, nie tylko dlatego, że dręczy mnie przerażająca myśl "przytyjesz", ale głównie dlatego, że ja nie jem tego dla przyjemności (nie ma co ukrywać, że nie jest to szczyt moich kulinarnych marzeń), a dla samego jedzenia. Tak, liczy się ilość, a nie jakość, a że z drugiej strony nie znoszę takiego jedzenia, nie mam wyboru... Wymiotuję, a zaraz potem znowu jem. I tak w kółko przez całą noc. Kładę się dopiero nad ranem, kiedy już kończy się "nadające się" jedzenie i kiedy jestem zwyczajnie wykończona. Chcę wtedy umrzeć. Zasnąć i nigdy się nie obudzić. Budzę się jednak. Najpóźniej jak się da. Pierwsze co widzę to potworny bałagan w pokoju i resztki jedzenia w łóżku. To mi przypomina o wszystkim. Nie jestem w stanie myśleć, że to był tylko zły sen. Czując się gorzej niż na najgorszym kacu, wstaję z łóżka (często jestem nieumyta, z usypanym tuszem wokół oczu), boli mnie wszystko, jestem słaba. Nie mam chęci żyć. Ważę się. Jeśli przed spaniem obiecałam sobie głodówkę, zapominam o tym. Jestem głodna. Staram się po raz kolejny normalnie zacząć "dzień", pomimo tego, że już jest dawno po południu. Zazwyczaj udaje mi się. Po normalnym śniadaniu, wracają mi siły. Znów zaczynam mówić, uśmiechać się, udawać, że wszystko jest dobrze, ba - ja nawet sama zaczynam w to wierzyć! Często nawet przepełnia mnie energia (zwłaszcza, kiedy na wadze zobaczyłam akceptowalną liczbę, taką, której bym się nie spodziewała), wtedy wydaje mi się, że jestem silna. Planuję wszystko na nowo... I po co? By jak nie następnego dnia, to kilka dni później wszystko się powtórzyło. Chcę wierzyć w siebie, ale wiem, że prędzej czy później wszystko się powtórzy, a ja nie będę miała na to żadnego wpływu. Boję się tego, bo to mnie niszczy, nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Wolę nie myśleć, co dzieje się w moim organizmie... Patrząc na zdjęcie, które stoi na biurku, widzę młodą, śliczną, uśmiechniętą, spełnioną, zadowoloną z życia kobietę. Nie idealną, nie przesadnie szczupłą, a mimo to zgrabną i niezwykle kobiecą. Nie jestem w stanie uwierzyć, że to ja, ważąca tylko 5 kg mniej niż obecnie. Nie jestem w stanie wyrazić swojej wewnętrznej rozpaczy. Wiem, że nigdy, nawet wtedy, siebie nie akceptowałam. I dopóki się nie wyleczę, nie zacznę się akceptować. Potrzebuję pilnie psychologa. Teraz szczególnie. Nie tylko przez problemy z odżywianiem. Mój były się zaręczył, a ja nadal jak głupia go kocham. Z jednej strony chcę coś zrobić, a z drugiej pragnę zapomnieć i ułożyć sobie życie na nowo.

2 komentarze:

  1. cześć,
    Poczytałam Twojego bloga - na razie nie dodam go na swojej stronie, bo zobaczę, czy wytrwasz w pisaniu - ja nie jestem bulimiczką, ale mam bardzo wiele zachowań podobnych do Ciebie - ja ważę się co rano, jak waga wskazuje więcej, zaraz mam atak agresji myślowej na samą siebie, który na szczęście bardzo szybko mija - ja jestem na serio uzależniona od jedzenia, ale już 7 lat z tym walczę. Jak poczytasz mojego bloga, to może mnie trochę zrozumiesz. to moje gadu - 5097075, gdybyś czasem mnie potrzebowała. A waga około 70 kg jest moim marzeniem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam już wcześniej Twojego bloga :) Ja też jestem jedzenioholiczą i byłam przekonana, że nikt poza mną nie używa względem siebie tego sformułowania. Patrząc na sytuację, która jest teraz, a tą z początków mojego uzależnienia (trudno stwierdzić od kiedy się to ciagnie, bo już w dzieciństwie lubiłam zajadać smutki w samotności i opychać się nadmiernie, ale świadoma problemu jestem od ok. 2 lat, kiedy to na poważnie zaczęłam sie odchudzać i jakby nie patrzeć, kiedy rzucił mnie chłopak), zdecydowanie wpadłam w to. Bulimia tak na dobre zaczęła się u mnie całkiem niedawno, z 3 miesiące temu. Początkowo były to tylko epizody, głównie głodówki lub intensywne ćwiczenia, później przeczyszczanie. Wymiotów nie umiałam wymusić, co więcej nie znosiłam tego. Z czasem doszłam niemalże do perfekcji... Ty ważysz się co rano, a ja? Odkąd z 65 kg przytyłam do 70 kg na wadze staje kilka do kilkunastu razy dziennie. Do tego zawsze przed i po wymiotowaniu i pytam samą siebie, jaką idiotką trzeba być, by tak postępować ;/

      Usuń