czwartek, 29 sierpnia 2013

3

... przyznaję, przesadziłam. Czuję się teraz okropnie, jakby mój brzuch miał zaraz eksplodować. Z trudem oddycham, a jak idiotka jem dalej, gdy odrobinkę mi przechodzi. Ok, dziś już na pewno nie wezmę nic do ust. Ale i tak nie znoszę siebie za to. Idę do kuchni po herbatę, a wracam z pełnym talerzem. Nie, to nie jest uzależnienie, bo przecież to TYLKO jedzenie. Uzależnionym można być od alkoholu, tytoniu, czy narkotyków. Od hazardu, seksu, kawy, leków, słodyczy. Ale od jedzenia? Przecież to idiotycznie brzmi... I tak otóż ułatwia się życie alkoholikom, uzależnionym od tytoniu, czy narkomanom, a oni i tak w większej mierze nie chcą się leczyć. Ja chcę się leczyć, a nie otrzymuję pomocy. Dlaczego? Jedzenioholizm to o wiele poważniejszy problem niż każdy inny nałóg. Z alkoholu, papierosów, czy narkotyków można zrezygnować bezpowrotnie - to kwestia silnej woli, ale z jedzenia ot tak całkowicie zrezygnować się nie da. Do końca życia trzeba wyczuwać ten graniczny moment, w którym kończy się normalne jedzenie, a zaczyna nałogowe. Dzisiaj dzwoniąc po raz enty do Poradni Zdrowia Psychicznego i próbując bezskutecznie umówić się na wizytę u psychologa, uświadomiłam sobie, że społeczeństwo tak bardzo przyzwala na pewne nałogi, że do tych mniej oczywistych wstyd się przyznać. Podałam nazwisko pewnego psychologa, a Pani na to, że ten Pan przyjmuje w Poradni Uzależnień. No to ja na to, że to w sumie jest uzależnienie. Kiedy byłam zmuszona przyznać o co dokładnie chodzi, Pani nie wydała się uznać tego za jakiś szczególny problem i stwierdziła, że zwykły psycholog wystarczy. Uhm szczególnie jedna z tych wypindowanych, zgrabniutkich kobiet, które tam przyjmują i mają w zwyczaju lekceważyć pacjenta, mi pomoże. Ciekawe jakim cudem, skoro można przypuszczać, iż nigdy sama nie doświadczyła podobnego problemu, a choćby i tylko otyłości. Pamiętam jak na pierwszej wizycie u jednej z tamtejszych Pań opowiadałam o swoim problemie. Myślałam, że się pod ziemię zapadnę! Pani psycholog ewidentnie dała mi odczuć, że wymyśliłam sobie chorobę, by móc na nią zwalić moje niepohamowane łakomstwo i brak silnej woli. Wysłuchała co miałam do powiedzenia i bez słowa zakończyła wizytę, wzbudzając tym we mnie poczucie winy, że zajmuje jej cenny czas, podczas gdy inni pacjencji ze "znacznie poważniejszymi" problemami czekają. W dowód tego na kolejnej umówionej wizycie w ogóle mnie nie przyjęła, bo rzekomo zapisany był ktoś inny. Zapewne świadomie zapisała tą drugą pacjentkę wtedy, kiedy zapisana byłam ja, by nie musiała więcej ze mną rozmawiać. Z tym, że nikt nie wie jak ja się wtedy czułam. Specjalnie zwolniłam się z pracy, czekałam pod tym gabinetem jak głupia, a kiedy Pani psycholog wyszła i zwróciła się do innej pacjentki, że zaraz ją przyjmie, kompletnie lekceważąc przy tym moją osobę, zapewne każdy kto tam wtedy był pomyślał sobie o mnie "wariatka, która postradała zmysły, nie była umówiona na wizytę, a się wpycha"... I tak oto działa nasza wspaniała służba zdrowia. Kiedy jesteś uzależniony/a od alkoholu z chęcią Cię przyjmą, zajmą się Tobą, nawet jeśli sam/a się o to nie starałeś/aś, a zrobili to Twoi bliscy, postarają się Ciebie wyleczyć, a wręcz podziękują Ci, że się zgłosiłeś/aś, bo to przecież pierwszy krok do wyzdrowienia, ale jeśli chodzi o jedzenie wyśmieją Cię i spojrzą tak pogardliwie, że wstyd będzie Ci o tym mówić. Ja z uporem maniaka, narażając się po raz kolejny na wstyd i zniewagę, będę walczyć o szacunek i poważne traktowanie tego problemu. Nie poddam się. Przypuszczam, że jeśli kiedykolwiek wyzdrowieję, a daj Boże do tego schudnę - będzie to tylko i wyłącznie moja zasługa. Ewentualnie garstki wiernych ludzi, którzy przy mnie wtedy się znajdą.
Wracając do dnia dzisiejszego, faktycznie mnie poniosło, ale wszystko za sprawą żakietu. Mojego żakietu. Jest mi za ciasny w rękawach. Niby nie wydawałam się tym przejąć, ale psychika sama zrobiła mi psikusa. Na domiar złego przed tą niefortunną przymiarką żakietu, zjadłam sałatkę kebabową. Miałam wyrzuty sumienia jeszcze zanim ją zjadłam. I zapewne właśnie te wyrzuty sumienia pociągnęły mnie dalej. Ale nie wymiotowałam. Najwyżej całe życie będę gruba, ale nie chcę być do tego chora i wyniszczona. A co dziś jadłam? Czas najwyższy wyznać swoje grzechy...
  • 3 gruszki
  • 5 śliwek
  • banan
  • kubeczek malin
  • zrazik z łososia wędzonego z pieczarkami
  • sałatka kebabowa 35 dag
  • 2 zraziki z łososia wędzonego ze szpinakiem
  • 6 skibek chleba z masłem (2 z wędzoną piersią z kurczaka i pomidorem, 2 z żółtym serem i ogórkiem, 1 z salami i pomidorem, 1 ze zrazikiem z łososia wędzonego ze szpinakiem)
  • znów kubeczek malin
  • kapusta kwaszona 30 dag
  • kilka daktyli i kilka śliwek suszonych
  • jabłko
Więcej grzechów nie pamiętam.
Zastanawiam się tylko, czy już zawsze tak będzie, że naprawdę szczęśliwa będę tylko wtedy, kiedy śpię? Po raz kolejny miałam piękny i niezwykle realistyczny sen. Miłość, o której marzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz