sobota, 31 sierpnia 2013

5

Naprawdę mam coraz bardziej dość siebie i swojego życia... Bo dlaczego inni mogą jeść, co tylko chcą i cieszyć się idealną sylwetką, a ja wiecznie walczę z nadwagą? Mało tego, nawet jak kiedyś z trudem osiągnę swój cel, to ten koszmar się nie skończy. Zawsze będę sobie czegoś odmawiać, zawsze będę liczyć kalorie, zawsze będę kontrolować swoją wagę i zawsze będę czuła każdy nadprogramowy kilogram. Co więcej, zawsze będę czuła się gruba. Nie wiem jak obecnie jestem odbierana przez otoczenie, ale mam wrażenie, że każda osoba (bez wyjątku!) się na mnie patrzy i (w najlepszym wypadku w myślach) komentuje mój wygląd. Jak ktoś się śmieje wiem, że ze mnie. Jak ktoś się na mnie spojrzy, wiem, że to ze względu na moją nadwagę. Na domiar złego jestem pewna, że zarówno pracownicy sklepu, w którym pracuję jak i inne hostessy zastanawiają sie co taki grubas robi na promocji... To podcina mi skrzydła, sama sobie odbieram pewność siebie. Ale nie potrafię zaakceptować tego, że ważę aż 72 kg. Tak, tyle wskazała waga jak tylko odebrałam ją od siostry. Czułam, że przytyłam i się nie pomyliłam. Chciałabym teraz pobiec do kuchni, naszykować sobie górę jedzenia i zamknąć się w pokoju, by na pocieszenie to zjeść. Wiem, że poprawiłoby mi to humor. Ale cholera jasna, wiem też, że to droga donikąd. A właściwie nie donikąd, a do jeszcze większej nadwagi, z czasem otyłości i z pewnością do skrajnie złego samopoczucia.
A oto moje dzisiejsze menu:
  • 4 śliwki
  • 2 nektarynki
  • 2 jabłka
  • banan
  • opakowanie herbatników w czekoladzie
  • surówka paprykowa 40 dag
Ściśle wg planu. Zastanawiam się tylko jak długo wytrwam... Sama, zakompleksiona, nieszczęśliwa.

piątek, 30 sierpnia 2013

4

Co dzisiaj?
  • truskawki ok. 0,5 kg
  • 3 brzoskwinie
  • 4 śliwki
  • 3 skibki chleba z masłem (2 z żółtym serem, 1 z wędzoną piersią z kurczaka)
  • surówka warzywna 40 dag
  • kilka suszonych fig
  • 2 skibki chleba z masłem
  • kawałek twarogu śmietankowego ok. 15 dag
  • baton lion
  • baton kitkat
  • paczka chrupek (trochę ponad 100 g)
  • bułka
  • 2 napoje owocowe (każdy po 0,5 l)
  • 6 śliwek
  • garść suszonych śliwek
  • 2 skibki chleba z masłem, szynką i pomidorem
  • 2 zraziki z łososia wędzonego z pieczarkami
Bez komentarza. Jutro odbieram wagę od siostry.

czwartek, 29 sierpnia 2013

3

... przyznaję, przesadziłam. Czuję się teraz okropnie, jakby mój brzuch miał zaraz eksplodować. Z trudem oddycham, a jak idiotka jem dalej, gdy odrobinkę mi przechodzi. Ok, dziś już na pewno nie wezmę nic do ust. Ale i tak nie znoszę siebie za to. Idę do kuchni po herbatę, a wracam z pełnym talerzem. Nie, to nie jest uzależnienie, bo przecież to TYLKO jedzenie. Uzależnionym można być od alkoholu, tytoniu, czy narkotyków. Od hazardu, seksu, kawy, leków, słodyczy. Ale od jedzenia? Przecież to idiotycznie brzmi... I tak otóż ułatwia się życie alkoholikom, uzależnionym od tytoniu, czy narkomanom, a oni i tak w większej mierze nie chcą się leczyć. Ja chcę się leczyć, a nie otrzymuję pomocy. Dlaczego? Jedzenioholizm to o wiele poważniejszy problem niż każdy inny nałóg. Z alkoholu, papierosów, czy narkotyków można zrezygnować bezpowrotnie - to kwestia silnej woli, ale z jedzenia ot tak całkowicie zrezygnować się nie da. Do końca życia trzeba wyczuwać ten graniczny moment, w którym kończy się normalne jedzenie, a zaczyna nałogowe. Dzisiaj dzwoniąc po raz enty do Poradni Zdrowia Psychicznego i próbując bezskutecznie umówić się na wizytę u psychologa, uświadomiłam sobie, że społeczeństwo tak bardzo przyzwala na pewne nałogi, że do tych mniej oczywistych wstyd się przyznać. Podałam nazwisko pewnego psychologa, a Pani na to, że ten Pan przyjmuje w Poradni Uzależnień. No to ja na to, że to w sumie jest uzależnienie. Kiedy byłam zmuszona przyznać o co dokładnie chodzi, Pani nie wydała się uznać tego za jakiś szczególny problem i stwierdziła, że zwykły psycholog wystarczy. Uhm szczególnie jedna z tych wypindowanych, zgrabniutkich kobiet, które tam przyjmują i mają w zwyczaju lekceważyć pacjenta, mi pomoże. Ciekawe jakim cudem, skoro można przypuszczać, iż nigdy sama nie doświadczyła podobnego problemu, a choćby i tylko otyłości. Pamiętam jak na pierwszej wizycie u jednej z tamtejszych Pań opowiadałam o swoim problemie. Myślałam, że się pod ziemię zapadnę! Pani psycholog ewidentnie dała mi odczuć, że wymyśliłam sobie chorobę, by móc na nią zwalić moje niepohamowane łakomstwo i brak silnej woli. Wysłuchała co miałam do powiedzenia i bez słowa zakończyła wizytę, wzbudzając tym we mnie poczucie winy, że zajmuje jej cenny czas, podczas gdy inni pacjencji ze "znacznie poważniejszymi" problemami czekają. W dowód tego na kolejnej umówionej wizycie w ogóle mnie nie przyjęła, bo rzekomo zapisany był ktoś inny. Zapewne świadomie zapisała tą drugą pacjentkę wtedy, kiedy zapisana byłam ja, by nie musiała więcej ze mną rozmawiać. Z tym, że nikt nie wie jak ja się wtedy czułam. Specjalnie zwolniłam się z pracy, czekałam pod tym gabinetem jak głupia, a kiedy Pani psycholog wyszła i zwróciła się do innej pacjentki, że zaraz ją przyjmie, kompletnie lekceważąc przy tym moją osobę, zapewne każdy kto tam wtedy był pomyślał sobie o mnie "wariatka, która postradała zmysły, nie była umówiona na wizytę, a się wpycha"... I tak oto działa nasza wspaniała służba zdrowia. Kiedy jesteś uzależniony/a od alkoholu z chęcią Cię przyjmą, zajmą się Tobą, nawet jeśli sam/a się o to nie starałeś/aś, a zrobili to Twoi bliscy, postarają się Ciebie wyleczyć, a wręcz podziękują Ci, że się zgłosiłeś/aś, bo to przecież pierwszy krok do wyzdrowienia, ale jeśli chodzi o jedzenie wyśmieją Cię i spojrzą tak pogardliwie, że wstyd będzie Ci o tym mówić. Ja z uporem maniaka, narażając się po raz kolejny na wstyd i zniewagę, będę walczyć o szacunek i poważne traktowanie tego problemu. Nie poddam się. Przypuszczam, że jeśli kiedykolwiek wyzdrowieję, a daj Boże do tego schudnę - będzie to tylko i wyłącznie moja zasługa. Ewentualnie garstki wiernych ludzi, którzy przy mnie wtedy się znajdą.
Wracając do dnia dzisiejszego, faktycznie mnie poniosło, ale wszystko za sprawą żakietu. Mojego żakietu. Jest mi za ciasny w rękawach. Niby nie wydawałam się tym przejąć, ale psychika sama zrobiła mi psikusa. Na domiar złego przed tą niefortunną przymiarką żakietu, zjadłam sałatkę kebabową. Miałam wyrzuty sumienia jeszcze zanim ją zjadłam. I zapewne właśnie te wyrzuty sumienia pociągnęły mnie dalej. Ale nie wymiotowałam. Najwyżej całe życie będę gruba, ale nie chcę być do tego chora i wyniszczona. A co dziś jadłam? Czas najwyższy wyznać swoje grzechy...
  • 3 gruszki
  • 5 śliwek
  • banan
  • kubeczek malin
  • zrazik z łososia wędzonego z pieczarkami
  • sałatka kebabowa 35 dag
  • 2 zraziki z łososia wędzonego ze szpinakiem
  • 6 skibek chleba z masłem (2 z wędzoną piersią z kurczaka i pomidorem, 2 z żółtym serem i ogórkiem, 1 z salami i pomidorem, 1 ze zrazikiem z łososia wędzonego ze szpinakiem)
  • znów kubeczek malin
  • kapusta kwaszona 30 dag
  • kilka daktyli i kilka śliwek suszonych
  • jabłko
Więcej grzechów nie pamiętam.
Zastanawiam się tylko, czy już zawsze tak będzie, że naprawdę szczęśliwa będę tylko wtedy, kiedy śpię? Po raz kolejny miałam piękny i niezwykle realistyczny sen. Miłość, o której marzę.

środa, 28 sierpnia 2013

2

Bilans dnia dzisiejszego:
  • 3 gruszki
  • nektarynka
  • 2 banany
  • kilka orzechów laskowych
  • 2 śliwki
  • brzoskwinia
  • zrazik z łososia wędzonego z pieczarkami
  • kabanos z łososia, pół kiełbasy z łososia, 2 skibki chleba z masłem (1 z serem żółtym, 1 z salami) i pomidorem, mała miseczka surówki
Nie dzielę tego na poszczególne posiłki, bo w mojej diecie coś takiego po prostu nie istnieje. Jem kiedy chcę lub kiedy muszę. Najważniejsze to jeść odpowiednie produkty i nie przesadzać z ilością, nie doprowadzać się do momentu przejedzenia i nie wymuszać wymiotów. Mam nadzieję dzisiaj już nic nie zjeść. Póki co jestem najedzona i prawdopodobnie dzięki dużej ilość zdrowego jedzenia, które w końcu znów królowało w moim menu, nie mam ochoty na więcej, bo mój organizm dostał wszystko, czego potrzebuje. Zrobiłam też solidne owocowe zakupy. Warzywka dokupię pewnie na dniach. Niestety w przypadku tych produktów nie można przesadzać z ilością, bo szybko się psują, ale za to jak bardzo ich widok oko cieszy! I teraz wreszcie w mojej kuchni wygląda jak wyglądać powinno. Do tego zrobiłam sobie kompociki na zimę z brzoskwiń, gruszek i wiśni. W planach mam jeszcze zrobić marynowane pieczarki, paprykę i ogórki. Ahh jak ja to kocham! W kuchni mogłabym siedzieć cały dzień - i wbrew pozorom nie muszę wtedy jeść :)

A oto mój zdrowy kącik!


wtorek, 27 sierpnia 2013

1

Pierwszy dzień "nowego" starego życia. Nie wiem, czemu akurat dziś, bo niczym nie różni się od pozostałych. W każdym razie nie wymiotowałam i nie brałam psychotropów. Oczywiście nie zrobiłam nic szczególnego, ale mam wrażenie, że jestem na dobrej drodze. Postaram się pisać codziennie, choćby krótkie posty, zamieszczając w nich przede wszystkim informacje na temat tego co danego dnia jadłam. Pamiętam, że jak musiałam to robić przez tydzień na początku psychoterapii, nie jadałam jakoś specjalnie dużo. Liczę, że i tym razem pomoże mi to w samokontroli.
Tak więc co dziś zjadłam? Banana, 5 naleśników (2 z dżemem, 2 z powidłami, 1 bez dodatków), kilka śliwek, nektarynkę, jabłko, 5 skibek chleba z masłem, gruszkę, trochę makaronu penne i przed chwilą znów 5 skibek chleba (2 z masłem, 2 z twarożkiem, 1 z dżemem). Obliczyłam, że jest to ok. 2500 kcal.
Nie uważam, by był to jadłospis dietetyczny. Póki co muszę skupić się na swoim uzależnieniu od jedzenia, a dopiero później na zrzucaniu kilogramów. Biorąc pod uwagę ilości jedzenia, które zwykle spożywam, nie jest aż tak źle... Zakładając, że dziś już nic nie zjem. A w najbliższym czasie planuję stopniowo przerzucić się na surową dietę. Wiem, że to klucz nie tylko do zgrabnej sylwetki i dobrego samopoczucia, ale przede wszystkim zdrowia. Mimo tego co pisałam wczoraj chcę spróbować po raz kolejny.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Od jutra

"Od jutra"... Nie znoszę tych słów. Pewnie żadna kobieta, próbująca się odchudzać, czy coś osiągnąć lub cierpiąca z powodu zaburzeń odżywiania ich nie znosi. Ja naiwnie znów w myślach je powtarzam. Już w nie nie wierzę. Sama sobie nie ufam. Nie wiem co robić, wariuję nie wiedząc ile ważę, wiecznie pocieszam się jedzeniem i szukam w sobie jakiejkolwiek motywacji do życia. Mam tyle do zrobienia... Momentami są nawet chęci, ale później brak bodźca, który doprowadziłby mnie do celu. Weekend spędziłam w pracy. Do momentu kiedy byłam poza domem nie musiałam wcale dużo jeść. Wystarczyło mi skromne drugie śniadanie, które wzięłam do pracy, ale po powrocie... Nie potrafiłam się opanować. Dzisiaj podobnie. Szlag wszystko trafił już rano. Zaspałam, a musiałam załatwić pilną sprawę. Wyleciałam bez śniadania, w niezadowalającym mnie (i niezaplanowanym) wydaniu. Jak tylko załatwiłam, co miałam załatwić, wróciłam do domu, żeby schować się przed całym światem. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj tryskałam energią i z uśmiechem wykonywałam swoją pracę (obecnie jestem hostessą), z łatwością nawiązując kontakt z klientami... Dziś wszystko było nie tak. Jak wróciłam nie chciało mi się już szykować zaplanowanego śniadania, zapchałam się ciastem i chlebem. Próbowałam się opanować i nie zaprzepaścić tego dnia, jednak nie dałam rady. Do wieczora mój dzień wyglądał identycznie. Jadłam. Opanowałam się tylko podczas zakupów - zamiast chipsów i batoników kupiłam owoce, daktyle i bułki (powiedzmy, że to mniejsze zło). Co ciekawe nie wymiotowałam. Nie lubię tego robić i nie mam na to sił. Znów jestem jedzenioholiczką. Nigdy nie przestałam nią być, jednak "na chwilę" wkroczyłam o poziom wyżej, w świat bulimii. Przestałam też brać psychotropy. Wiem, z tymi lekami nie ma żartów, nie mogę sobie sama ich dawkować i przerywać kuracji co kilka dni... Teraz już do nich nie wrócę. To dla mnie za duże obciążenie. Nie mogę normalnie żyć, bo ciągle muszę się pilnować, żeby przypadkiem nie wypić gdzieś lampki wina, nie wziąć leków, których łączyć z fluoksetyną nie wolno, czy nie zaszkodzić sobie nieświadomie, chociażby znieczuleniem u dentysty. A dlaczego znów przestałam je brać? Zapewne nie zaczęły jeszcze działać w pełni, ale znów czułam się jak niewolnik swojej psychiki. Jednego dnia nawet fizycznie byłam gotowa wymusić wymioty - czułam się ociężała, przejedzona i co najmniej 10 kg grubsza. Psychika zaś nie pozwalała mi tego zrobić. I nie zrobiłam. Nawet nie próbowałam. Chciałabym powrócić do zdrowego odżywiania, opartego głównie na owocach i warzywach, jednak na dłuższą metę się to nie uda. Owszem, czułam się wówczas wspaniale i nie miałam tak często jak obecnie potrzeby obżerania się byle czym, ale niestety. Nie stać mnie na niemalże codzienne zakupy i to w dużych ilościach. Ostatnio i tak wszystkie pieniądze jakie tylko mam wydaję na jedzenie. Sęk w tym, że zdrowe jedzenie sporo kosztuje i trzeba go kupić więcej, jeśli na nim właśnie ma opierać się dieta, a mnie nikt nie wspiera. Nie mam do nikogo pretensji, jednak nie zamierzam udawać, jakoby pieniądze nie miały żadnego znaczenia w kwestii choćby zwykłego odchudzania. Nie wspominając już tutaj o problemie zaburzeń odżywiania... Właśnie odczytałam maila z ośrodka, w którym leczą bulimię i anoreksję - turnus trwający 6 tygodni kosztuje 12 tys. zł. Choćbym była umierająca, moja rodzina spod ziemi nie wyjmie tych pieniędzy. A szczególnie w przypadku, kiedy żyję, (na pozór) mam się dobrze i funkcjonuję, jakbym nie miała najmniejszego problemu.

środa, 21 sierpnia 2013

Nie wiem ile ważę

Ostatni raz ważyłam się wczoraj rano (70,4 kg). Wbrew sobie oddałam wagę siostrze na przechowanie. Tak postanowiłam. Wiem, że mam obsesję na punkcie kontrolowania swojej wagi i jedynym sposobem było pozbycie się jej z domu. Jest mi strasznie ciężko. Ze złości na samą siebie, że jednak oddałam wagę, z rozżalenia i poczucia braku kontroli, wczoraj zaliczyłam wieczorne obżarstwo... Żebym to ja pamiętała co zjadłam. Mama przyglądała mi się tylko jak co chwilę wynosiłam coś do pokoju. Nie zabrałabym się z tym na raz, a poza tym nie chciałam, by ktokolwiek widział w całości ile jedzenia wzięłam. Fakt, że to nie był szczyt moich możliwości, bo specjalnie przejedzona nie byłam. Nawet wymiotów nie próbowałam wymuszać. Pamiętam, że było dużo chleba: 2 pokaźne skibki z jajecznicą, kolejna duża z masłem i salami, do tego 3 mniejsze, kwadratowe z metką, salami i wątrobianką. Dodałam pomidora i ogórka, żeby nie wyglądało to na zapas szybkiego jedzenia. Tak, zaplanowałam i uszykowałam całą ucztę. Już od rana chodziło mi to po głowie, nie mogłam się na niczym skupić. Do tego dla niepoznaki wzięłam pomarańczę i kiwi, że niby zdrowo się odżywiam. Było jeszcze z 6 marchewek, tak żeby się czymś zapchać (niestety nie podziałało tak jak potrafię zapchać się czymś mniej zdrowym) i serek owocowy z czekoladą. Zaraz po pochłonięciu tego wszystkiego (nie wiem, czy czegoś nie pominęłam), ruszyłam do kuchni po moje wybawienie - naleśniki. Wiedziałam, że po nich w końcu poczuję się najedzona. Zjadłam 5 naleśników z dużą ilością cukru i na tym zakończyłam, chociaż wcale nie miałam takiej ochoty. Na szczęście nic odpowiedniego na ciąg dalszy nie rzuciło mi się w oczy. Zresztą głupio było mi po raz kolejny wracać do kuchni, mając świadomość, że mama wszystko widziała. Dzisiaj z kolei zjadłam tylko obiad (woreczek ryżu brązowego i filet z dorsza w pomidorach) i niedawno 1 suchego wafla. I tak miałam wyrzuty sumienia za ten obiad, bo planowałam głodówkę. Wiedziałam, że po wczorajszym przytyłam, a że nie mogłam skontrolować swojej wagi, innej opcji nie widziałam,  ale"rozgrzeszyłam" się aktywnością fizyczną: 20 minut skakanki, 15 minut biegania (w końcu pomimo przeciwności ze strony rzeczy martwych) i siłownia (pół godzinki bieżni i zajęcia choreograficzne na stepach). Nie wiem co będzie jutro i nawet nie śmiem planować. Wiem, że chcę przetrwać tak jak dziś, nie zastanawiając się co będzie dalej, byle by ten, pozornie, nic nieznaczący 1 dzień pozytywnie przetrwać. Nie mam teraz wagi, więc intuicyjnie muszę się pilnować. Ale... Nie do końca jest tak różowo. Zważyłam się dziś. Mam w domu jeszcze starą wagę, mniej dokładną i nieco zepsutą. Nie jest elektroniczna, tylko taka zwykła i odejmuje kg. Nie zważyłam się stricte po to, żeby wiedzieć ile ważę, bo i tak nie wiem (waga wskazała 67 kg, co z logicznego punktu widzenia jest niemożliwe), a po to, żeby mieć jakiś punkt odniesienia. Swoją wagę odbiorę od siostry nie wcześniej niż za miesiąc (a może, jeśli moja obsesja się nie zminimalizuje, wtedy pojadę tylko się zważyć?), a zapewne wcześniej będę musiała sprawdzić, czy za dużo nie przytyłam, zakładając najgorszy scenariusz. No ale nie wiem przecież jak potoczą się najbliższe dni i czy wytrwam w przynajmniej normalnym odżywianiu. Będzie cholernie ciężko, bo już dziś chodzą za mną naleśniki, mam ochotę na chleb i inne pyszności i już dziś zakładam, że jutro nie dam rady trzymać się ścisłej diety, bo... zjem śniadanie. Jutro muszę wstać wcześnie rano, a im wcześniej zaczynam jeść, tym jem więcej (owszem, mogłabym tak jak dzisiaj zamiast śniadania wypić kawę, ale pewnych rzeczy odmówiłam sobie dziś z myślą, że zjem je od razu jutro rano). Poza tym myślę już o drożdżówce, którą jutro po drodze sobie kupię (nie potrafię przejść obojętnie obok tej cukierni, a jutro tam akurat będę). Ostatnio było mi o tyle łatwiej, że nie miałam pieniędzy. Dosłownie ostatnie złotówki, zarówno z portfela jak i z konta wydałam na jedzenie i nie mając żadnych pieniędzy, mimo wewnętrznego przymusu, nie mogłam nic kupić. Teraz znów się samej siebie boję, bo dokładnie wiem, co muszę kupić, ale mając jakiekolwiek pieniądze, nie potrafię się opanować. Często rezygnuję z ważnych rzeczy, które zaplanowałam kupić na rzecz jedzenia. To jest tak bardzo silne... Ale najgorsze i tak jest to, że najczęściej to jedzenie zaraz później wymiotowałam.
Jeszcze coś. Wczoraj na nowo zaczęłam brać fluoksetynę. Porównując mój obecny stan z tym, kiedy brałam psychotropy, uznałam, że powrót do nich to będzie najlepsze wyjście. Generalnie powinnam je brać cały czas, bo podczas ostatniej wizyty u lekarza, kazał odstawić tylko inny lek, a fluoksetynę nadal brać. Zrezygnowałam z niej jednak samowolnie, nie widząc rezultatów i chcąc odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Jak widać to był błąd, bo jednak mi się nie udało.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Kobieta zmienną jest

Sama nie wiem dlaczego. Nie przestałam jeść. Nie potrafię i nie chcę. Przestałam wymiotować - chciałoby się napisać. Niestety nie. Zrobiłam sobie tylko od tego przerwę, kiedy już czułam, wiszącą nad sobą, śmierć. Miałam wytrwać bez tego, stosować dietę... Jeden dzień wyjątkowo udany, za to drugi totalna porażka. Kiedy już nadejdzie taki dzień, taki jak wczoraj nie liczy się nic poza jedzeniem. Tak naprawdę nie mam pojęcia jak to się zaczyna i co jest tego przyczyną, ale na pewno łatwo mnie później zdołować byle czym. Podczas takiego dnia siedzę w domu i jem. Nie mam ochoty pokazywać się nikomu, nie mam ochoty na siebie patrzeć, dbać o siebie, robić czegokolwiek, bo przecież nic się wtedy nie liczy. Dlaczego? Bo i tak się zabiję. Idiotyczne myślenie. Przecież wiem, że tego nie zrobię i wiem, że tego nie chcę, ale kiedy już czuję się tak paskudnie inne myśl nie przychodzą mi do głowy. Chciałabym w takich chwilach móc z kimś porozmawiać, usłyszeć pocieszenie, którego sama sobie nie mogę dać. Ale wiem, że nie ma osoby, która by mi pomogła, więc nawet nie szukam pomocy. Zaczyna się niepozornie, coś (nie wiem co) sprawia, że muszę zjeść coś, czego nie zaplanowałam, a zazwyczaj do tego jest to coś, czego jeść nie powinnam. Wtedy się zaczyna. Pozwalam sobie na coś jeszcze, ale kiedy czuję, że dzień jest przegrany, bo grzeszków było za dużo, zaczynam jeść nałogowo. Uwielbiam to uczucie, kiedy jem, co chcę i ile chcę, kiedy nie muszę się kontrolować i kiedy jestem zwyczajne najedzona. Jednak wtedy czuję, że muszę zjeść tak dużo, aż nie będę mogła więcej w siebie wcisnąć. Nie wiem kto mnie do tego zmusza, ale chyba nikt nie byłby w stanie mnie wtedy zatrzymać. W czasie takiego ataku jem zazwyczaj wszystko, co znajdę pod ręką, z pominięciem produktów dietetycznych, zdrowych, czy mało sycących. Omijam owoce, warzywa, jogurty, czy potrawy wymagające drogich składników i czasochłonnego przygotowania, zostawiając je na "lepsze czasy". Zapycham się dużą ilością chleba, makaronu, naleśników (ostatnio nawet takich z samej mąki, wody i cukru), słodyczy, czy słonych przekąsek. Wtedy już wiem, że to zwymiotuję, nie tylko dlatego, że dręczy mnie przerażająca myśl "przytyjesz", ale głównie dlatego, że ja nie jem tego dla przyjemności (nie ma co ukrywać, że nie jest to szczyt moich kulinarnych marzeń), a dla samego jedzenia. Tak, liczy się ilość, a nie jakość, a że z drugiej strony nie znoszę takiego jedzenia, nie mam wyboru... Wymiotuję, a zaraz potem znowu jem. I tak w kółko przez całą noc. Kładę się dopiero nad ranem, kiedy już kończy się "nadające się" jedzenie i kiedy jestem zwyczajnie wykończona. Chcę wtedy umrzeć. Zasnąć i nigdy się nie obudzić. Budzę się jednak. Najpóźniej jak się da. Pierwsze co widzę to potworny bałagan w pokoju i resztki jedzenia w łóżku. To mi przypomina o wszystkim. Nie jestem w stanie myśleć, że to był tylko zły sen. Czując się gorzej niż na najgorszym kacu, wstaję z łóżka (często jestem nieumyta, z usypanym tuszem wokół oczu), boli mnie wszystko, jestem słaba. Nie mam chęci żyć. Ważę się. Jeśli przed spaniem obiecałam sobie głodówkę, zapominam o tym. Jestem głodna. Staram się po raz kolejny normalnie zacząć "dzień", pomimo tego, że już jest dawno po południu. Zazwyczaj udaje mi się. Po normalnym śniadaniu, wracają mi siły. Znów zaczynam mówić, uśmiechać się, udawać, że wszystko jest dobrze, ba - ja nawet sama zaczynam w to wierzyć! Często nawet przepełnia mnie energia (zwłaszcza, kiedy na wadze zobaczyłam akceptowalną liczbę, taką, której bym się nie spodziewała), wtedy wydaje mi się, że jestem silna. Planuję wszystko na nowo... I po co? By jak nie następnego dnia, to kilka dni później wszystko się powtórzyło. Chcę wierzyć w siebie, ale wiem, że prędzej czy później wszystko się powtórzy, a ja nie będę miała na to żadnego wpływu. Boję się tego, bo to mnie niszczy, nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Wolę nie myśleć, co dzieje się w moim organizmie... Patrząc na zdjęcie, które stoi na biurku, widzę młodą, śliczną, uśmiechniętą, spełnioną, zadowoloną z życia kobietę. Nie idealną, nie przesadnie szczupłą, a mimo to zgrabną i niezwykle kobiecą. Nie jestem w stanie uwierzyć, że to ja, ważąca tylko 5 kg mniej niż obecnie. Nie jestem w stanie wyrazić swojej wewnętrznej rozpaczy. Wiem, że nigdy, nawet wtedy, siebie nie akceptowałam. I dopóki się nie wyleczę, nie zacznę się akceptować. Potrzebuję pilnie psychologa. Teraz szczególnie. Nie tylko przez problemy z odżywianiem. Mój były się zaręczył, a ja nadal jak głupia go kocham. Z jednej strony chcę coś zrobić, a z drugiej pragnę zapomnieć i ułożyć sobie życie na nowo.

sobota, 10 sierpnia 2013

Żyć, żeby umrzeć

Codziennie wymiotuję. Nierzadko częściej niż raz dziennie... Nie potrafię powiedzieć od kiedy dokładnie stało się to moją codziennością, niejako obowiązkiem. Próbowałam pozbierać się na różne sposoby, ale się nie da. Kolejny dzień i kolejne chore postanowienia, które nigdy się nie urzeczywistnią. Mam dość. Jestem słaba, boli mnie gardło, mam pokaleczony język, bolą mnie zęby, bolą mnie oczy i wciąż bym jadła. Jedzenie to jest mój jedyny przyjaciel... i mój jedyny wróg zarazem. Myśląc intensywnie nad tym jak sobie z tym poradzić, doszłam do wniosku, że muszę przestać jeść. Inaczej po każdym, nawet najmniejszym posiłku, będę odczuwała straszne wyrzuty sumienia, a jestem tym zwyczajnie zmęczona. Nie mam już sił wymuszać wymiotów, w dodatku ukrywając się z tym przed rodziną. Teraz po jedzeniu (nawet nie będącym napadem) od razu odczuwam chęć zwymiotowania tego co zjadłam, czuję się potwornie źle, nie mogę funkcjonować, dopóki tego nie zwrócę... Moje ciało chyba do tego przywykło, a chora psychika popiera w pełni. Wagę kontroluję kilka do kilkunastu razy dziennie. Waha się od 67,5 kg do 70 kg. Najgłupsze w tym wszystkim jest to, że kiedy tylko zobaczę na niej ciut mniej, od razu pozwalam sobie na więcej, nie wymiotuję wszystkiego co zjadłam i sama siebie okłamuję, że jestem zdrowa, "bo przecież jem, bez zwracania". Nie zmienia to faktu, że jestem wyniszczona i odczuwam to coraz bardziej.

Na domiar złego kilka dni temu straciłam psa. Psa, którego nigdy nie chciałam, a którego kochałam nad życie. Odkąd w dzieciństwie ugryzł mnie pies, miałam do nich uraz. Bałam się, szczególnie, że owczarki niemieckie to duże i pozornie agresywne psy, a mimo wszystko przywiązałam się do niej, zaczęłam ufać i powoli pokonywałam swój lęk, widząc, że i ona tego chce. Miała rok. Z dnia na dzień zachorowała, nie uratowali jej.

Skoro i tak jestem już na skraju wyniszczenia, to chyba większej krzywdy niż wyrządziłaby mi bulimia, nie zrobię sobie, przestając jeść. Dziś ostatecznie pożegnam się z jedzeniem. Będzie trudno, cholernie trudno. Wiem. Pierwszy dzień - totalna wegetacja. Drugi, trzeci dzień - podobnie, ale ciężej, bo wybieram się na siłownię. Później już jakoś pójdzie - siłę będzie dawać mi każdy kolejny przetrwany dzień. Wspierać będę się dużą ilością kawy i gumą do żucia. To pomaga na głód, szczególnie w pierwszych dniach, kiedy motywacja jest niewielka (przynajmniej w stosunku do wagi). Nie chcę i nie mogę myśleć co dalej. To mnie zwykle zabija. A przecież nie chcę umrzeć. Chcę jedynie schudnąć... Mając pełną świadomość choroby, wiem, że jak tylko osiągnę wymarzony cel (48-57 kg, a inaczej rzecz określając - płaski brzuch i mniej "otłuszczone" nogi), muszę zacząć się leczyć. Póki co tego nie robię, bo z leków zrezygnowałam bezpowrotnie, z kolei do psychologa zapisy są dopiero na wrzesień. Zapiszę się. Ale do tego czasu chcę już trochę schudnąć. Dlaczego? Z doświadczenia wiem, że psychoterapia pomaga, a jednocześnie niszczy każdy mój (niezdrowy) plan, w wyniku czego nie chudnę. Jak nie chudnę, to wpadam w depresję, na pocieszenie jem i tyję, ewentualnie wymiotuję lub stosuję głodówki. Na jedno wychodzi. A ja nie chcę być zdrowa, dopóki nie schudnę. Zwyczajnie nie potrafię funkcjonować, mając świadomość, że jestem gruba. Gruba, owszem, pojęcie względne. Nie mniej jednak nie usłyszałam jeszcze od nikogo, że jestem szczupła, a co by mnie najbardziej ucieszyło - "chuda". Wiecznie słyszę "co Ty od siebie chcesz, wyglądasz ok, nie potrzebujesz się odchudzać". Oczywiście, a BMI niby kłamie. Kłamało pewnie również wtedy, kiedy wskazywało otyłość. Gdyby nie moja determinacja pewnie nadal nic by się w tej kwestii nie zmieniło (no chyba, że zaczęłoby wskazywać otyłość II lub III stopnia). Wiem lepiej. Poza tym to moje życie i jeśli umrę, to chociaż bardziej spełniona niż, gdybym stała w miejscu.