poniedziałek, 8 lipca 2013

Ruszamy ;)

Hmm chyba najgorzej jest zacząć. Zwlekałam z tym troszkę, ale w końcu powiedziałam (kolejne) "dość". Kolejne, bo już od dłuższego czasu zaczynam "od nowa", czy "od jutra", a kończy się jak zwykle. Chciałabym, żeby ten blog pomógł nie tylko mnie wyprostować własne życie, ale i osobom z podobnymi problemami, które nie mają w nikim oparcia i podobnie jak ja zatracają sens życia.
Zacznę od tego, że mam 23 lata i odwieczne problemy z (nad)wagą. Owszem, były okresy kiedy byłam, może nie jakoś specjalnie szczupła, ale normalna, z tym, że i wtedy coś było ze mną nie tak - cały czas uważałam się za grubą (czyli gorszą), a do tego nic niewartościową kujonkę, która żyje tylko po to, by nikomu nie sprawiać kłopotów. I tak też było. Do czasu... W liceum poznałam nowych ludzi, dojrzalszych. Powoli zaczęłam się zmieniać. Jakoś specjalnie nie przejmowałam się swoją nadwagą, próbowałam różnych diet, ale bez większego zaangażowania w którąkolwiek. Czułam, że to jeszcze nie to. Studia - tu byłam już całkowicie sama (w liceum towarzyszyła mi niegdysiejsza najlepsza koleżanka od przedszkola). Zmieniłam się, stałam się bardziej pewna siebie. Mimo, iż nadal zakompleksiona, nadmierne kilogramy nie były problemem spędzającym mi sen z powiek. Po drodze był pierwszy chłopak, pierwsze rozstanie. Później drugi chłopak, kolejne, najbardziej przełomowe, rozstanie. Po drodze sporo przelotnych, głupich znajomości, za które poniosłam już sporą karę. Załamanie, depresja... Tak myślałam. Teraz wiem (a przynajmniej przypuszczam), że już od dziecka cierpiałam na zaburzenia osobowości (w wyniku czego byłam taka hm "inna" - samotna, zamknięta w sobie, nieśmiała, zakompleksiona, strachliwa), a zaburzenia odżywiania stały się tylko przykrywką dla prawdziwego problemu. Tak naprawdę dzięki nim dowiedziałam się co tak naprawdę mną kieruje, dlaczego postępuję tak, a nie inaczej i nie potrafię nic z tym zrobić. Na drugim roku rzuciłam studia. Teraz wiem, że była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Zaraz później zaczęłam inny kierunek, który obecnie studiuję. Po wakacjach zaczynam trzeci rok :) Oczywiście nie obyło się bez przeszkód. Na początku zeszłego roku na poważnie zaczęłam się odchudzać. Schudłam 10 kg, dzięki okropnie katującej mnie diecie. Musiałam przerwać, bo po drodze dość poważnie zachorowałam. Nie miało to stricte związku z moim odżywianiem, nie mniej jednak na pewno w jakimś stopniu moja nierozważna dieta wpłynęła na pojawienie się objawów choroby. Nie złamałam się jednak. Schudłam kolejne 5 kg, dzięki normalnej diecie i zwiększonej aktywności fizycznej. W końcu byłam normalna, wagę miałam w normie, wyrzuciłam wszystkie stare ubrania, poczułam się pewniejsza, zmieniłam się nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim w środku. W pewnym sensie pokonałam też chorobę. Zaczęłam być postrzegana jako silna, pewna siebie, może nawet odrobinę wredna, kobieta. Nigdy taką nie byłam. To maska, którą każdego dnia zakrywam prawdziwą siebie. Słabą, kruchą, naiwną, wrażliwą, zagubioną, zakompleksioną bardziej niż kiedyś, cierpiącą, niszczącą się powoli. Od tamtego czasu sporo się jednak zmieniło. Zaczęłam regularnie trenować na siłowni, dzięki czemu nie zauważałam, że stanowczo za dużo jem. Utrzymywałam wagę. W końcu na miesiąc zrezygnowałam z siłowni, żeby nie zawalić studiów. W tym czasie była jeszcze przedłużająca się zima. Wmawiałam sobie depresję zimową... Przytyłam ok 5 kg. Poszłam do psychologa, bo czułam, że jedzenie mną rządzi. Początkowo psycholog nie potraktował moich problemów poważnie, wizyty niewiele dawały. Jakiś czas temu umówione wizyty się skończyły. Poszłam do psychiatry. Tak naprawdę to psychiatra uświadomił mi, że może to nie jedzenie jest moim największym problemem, że to swego rodzaju skutek... Po drodze dotykałam anoreksji, zafascynowałam się ruchem pro-ana, głodziłam się na przemian z kompulsywnym jedzeniem, setki diet, ponownie wróciłam na siłownię, przeczyszczanie, wymioty, psychotropy, myśli samobójcze, nawet na spotkaniu AŻ raz byłam...Męczyłam się okropnie, a ostatecznie skończyło się na zaburzeniach osobowości i bulimii. Wsiąkłam w to na tyle, że nie dopuszczałam do siebie myśli, że może być inaczej i tak naprawdę może wcale nie jestem chora. Oczywiście tego nie wiem. Wiem, że psychikę mam słabiutką i stany depresyjne łapię często niezależnie od samej siebie. Ale teraz już nieważne, czy faktycznie cierpię na borderline i dlatego tak ciężko ze mną wytrzymać, czy to tylko mój "trudny charakter" jak mawia mama oraz lekko nadszarpnięta osobowość. Teraz ważne, żeby dążyć do własnego szczęścia, do spełnienia i zacząć normalnie żyć. Dziś pierwszy dzień, kiedy nie brałam żadnych leków. Najpierw decyzją psychiatry zrezygnowałam z jednego leku (tak strasznie na mnie oddziaływał, że nie byłam w stanie się uczyć, na szczęście jakoś poradziłam sobie z sesją), drugi miałam brać. Brałam, ale wciąż czułam się jakaś nieswoja, miałam problemy ze snem, co wcześniej się nie zdarzało no i nie widziałam żadnej poprawy, a wręcz przeciwnie. Ostatnio widząc, że nawet, kiedy bardzo mało i zdrowo jem (wymyśliłam sobie nawet wegetarianizm jako sposób na odchudzanie) nie chudnę, a waga wiecznie krąży wokół 70 kg, regularnie zaczęłam wymuszać wymioty, co z kolei mnie dołowało i niszczyło zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jak wariatka ważyłam się kilka razy dziennie, w tym przed i po wymiotowaniu. Dlaczego? Nie chciałam widzieć 7 z przodu na wadze. Głupie, wiem. Wiedziałam to nawet wtedy, kiedy to robiłam. Ostatecznie uznałam, że to psychotropy są wszystkiemu winne, dlatego dziś z nimi skończyłam. Brałam je na tyle krótko, że nie powinnam mieć objawów odstawiennych, szczególnie, że niespecjalnie one działały, więc absolutnie się od nich nie uzależniłam. Jestem dorosłą, dojrzałą kobietą (każde doświadczenie z przeszłości mnie czegoś nauczyło, a ostatecznie zmieniło mnie i moje podejście do życia całkowicie), w pełni odpowiedzialną za swoje życie, a do tego wiem, że jestem chora i głośno o tym mówię. Przynajmniej w kwestii zaburzeń odżywiania. Co do zaburzeń osobowości może coś w tym jest, ale wmawiać na siłę sobie nie będę.

A teraz do rzeczy!
W jakim celu stworzyłam tego bloga? Otóż postanowiłam opisywać swoją drogę do szeroko pojętego celu. Poza tym z chęcią pomogę osobom, które będąc świadome swoich problemów, chcą z nimi walczyć, ale nie wiedzą jak, którym brak wsparcia i motywacji. Blog będzie głównie o mojej walce przede wszystkim z bulimią, ale i z kilogramami. Ma być również moją motywacją, a przy okazji może stanie się inspiracją dla innych?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz