niedziela, 22 grudnia 2013

Wewnętrzny głos - wróg, czy przyjaciel?

Ostatnio nie jestem jakoś w nastroju do pisania. Wolałabym z kimś po prostu szczerze porozmawiać. No ale cóż.
Zacznę od informacji najważniejszej - torbiel pękła. Jestem zdrowa. Po tak dobrej wiadomości byłam pełna życia, zaliczyłam prezentację, zaczęłam walczyć o swoje zdrowie (psychiczne). Nie napiszę, że "postanowiłam", bo mam świadomość trwałości i ważności moich "postanowień", ale dałam sobie kolejną szansę. Teoretycznie wszystko szło w dobrym kierunku, chociaż tak naprawdę balansowałam między dobrym czasem, a totalną klęską. Moja waga również się wahała. Ale praktycznie nie wymiotowałam (w obawie przed kolejną torbielą), zaczęłam jeść bardzo mało, nie przestając ćwiczyć. Poczułam, że ubrania przestały być opięte, a waga zbliżyła się do akceptowalnej granicy 70-71 kg. Niestety wróciła też podstępna bulimia. Z dotąd rzadkich i jednorazowych incydentów, znów przerodziła się w obsesję. W jedzenie z przymusu, tylko po to, by zaraz wszystko zwrócić i sprawdzić, ile ubyło na wadze, by nie stracić tego co osiągnęłam, bądź co bądź, ciężką pracą. Wróciła opuchlizna na twarzy, czerwone oczy, poranione podniebienie i przełyk, problemy z oddychaniem, ból brzucha, kłucie w sercu, rany na ciele i twarzy, brak snu (lub jego nadmiar), niechęć do życia, brak sił na najprostsze czynności, bałagan w pokoju, okruchy w łóżku. Wegetacja.
W środę, kiedy czułam, że moja dotychczasowa praca runie jak domek z kart, kiedy było mi źle i normalną reakcją byłoby jedzenie (a jeszcze, nie daj Boże, wymiotowanie) - nic nie zrobiłam. Trochę podusiłam w sobie te złe emocje, ale w porę zupełnie przypadkiem odezwał się znajomy, potem ktoś jeszcze, później koleżanka, żonaty
"(pseudo)przyjaciel"... I tak oto dzięki ludziom, ich wsparciu i pocieszeniu wszystko minęło. Mogłam funkcjonować dalej, bez jedzenia (byłam najdzeona to może za duże słowo, w każdym razie nie byłam fizycznie głodna). Jednak już w czwartek przytłoczyły mnie natrętne myśli, ten głos w mojej głowie. Nie byłam w stanie się na niczym skupić. Najpewniej potrzebowałam odreagować perefekcjonizm, którym musiałam wykazać się dzień wcześniej na uczelni (jako jedyna w grupie dostałam 4,75/5 pkt, nie zostawiajac pustego miejsca pod pytaniem, które wychodziło poza zakres materiału przesłany przez prowadzącego). Po powrocie do domu zaczęłam jeść. Najpierw normalnie, ale zupełnie niezauważenie przekroczyłam granicę normalnego jedzenia. Zaczęłam jeść wszystko, co dostrzegły moje oczy, nawet surowe pierogi, zwymiotowałam. Spóźniona (umawiałam się z koleżanką, że będę wcześniej) pojechałam na siłownię, ale wciąż słyszałam ten głos. Głos, który coraz głośniej mówił "potrzebujesz słodkiego, musisz w końcu zjeść wszystko, czego odmawiałaś sobie w ostatnich dniach, już i tak wymiotowałaś, więc nic się nie stanie jak zrobisz to ponownie". Jakby to coś w środku odebrało mi siły, ale wbrew temu ciężko oddychając, ćwiczyłam. Ostatecznie jednak poległam. Jak najszybciej wyszłam z siłowni i prawie wpadając pod samochód, pobiegłam do sklepu. Jednego, drugiego, później jeszcze trzeciego. Kupowałam byle co. Słodycze, pieczywo, chipsy. Coraz bardziej odczuwając presję wewnętrznego głosu, zaczełam jeść. Już po pierwszym kęsie piernika w czekoladzie, przestało mną trząść. Przestałam mieć wzmożoną ochotę na słodkie. A mimo to jadłam dalej aż nie zjadłam wszystkiego. W domu wszystko zwymiotowałam i zaczęłam jeść dalej i tak w kółko aż do nocy. W piątek wewnętrzny głos odpuścił. Owszem, nadprogramowo zjadłam wieczorem herbatniki korzenne, które później niezwykle ciążyły mi na żołądku, ale nie jadłam już nic więcej. Postępowanie jak u zdrowego człowieka. Poszłam spać. Sobotę zaczęłam wg planu, czyli skromne śniadanie, później siłownia. Nawet do spowiedzi poszłam... Później pojechałam na zakupy. Szał prezentowy, wszędzie pełno ludzi, gwar, krzyczące dzieci, z każdej strony "wyjątkowe" promocje, kolejki przy kasach, w drogerii chyba z 4 razy zapytano mnie czy w czymś pomóc, nie pozwalając w spokoju wybrać odpowiednich perfum. Wyszłam więc, nie kupując nic. I znów, jak w czwartek, kupiłam ciasteczka Fornetti, zapewne wszystkim znane. Może to przypadek, ale w czwartek dokładnie po zjedzeniu tego ciastka, zaczął napastować mnie ten wewnętrzny głos. Tak samo wczoraj. Po tych ciastkach nie byłam w stanie skupić się już na zakupach, w sklepie zamiast wybierać prezenty, myślałam tylko o jedzeniu (a przecież nie byłam głodna!), w pośpiechu kupiłam napchaną sztucznymi dodatkami pizzerkę, której zwykle nie jem, cukierki czekoladowe, których smak przestał  mnie zachwycać, czekoladę i suche rurki, które wepchnęłam w siebie na siłę później. Najpierw była pizzerka i cukierki. Chciałam od razu to wszystko zwymiotować, ale powstrzymałam się, chwilowo zajęłam się zakupami, trzeźwe myślenie wróciło. Jednak po wyjściu ze sklepu w ruch poszły te ohydne rurki, nie smakowały już jak kiedyś. Po kilku, nie miałam ochoty na więcej, jednak przymus zjedzenia ich do końca zwyciężył z fizycznymi odczuciami. Dla "rozgrzeszenia" wypiłam kawę i znów zajęłam się zakupami. Prawie zapomniałam o wcześniejszym obżarstwie. Dumna z siebie, że jakoś sobie z tym poradziłam, postanowiłam do wieczora już nic nie jeść (w gruncie rzeczy i tak byłam pełna). Jednak wracając do domu, zaczęłam odczuwać mdłości, nie do końca wiem, czy prawdziwe, czy wykreowane przez ów głos. Mimo wszystko jedyne czego pragnęłam, to pozbyć się z siebie tego śmieciowego jedzenia. Pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu, to odwiedzenie łazienki. Wyrzucając z siebie resztki tych świństw, poczułam się lepiej. Nie na długo. Wtedy właśnie głos stał się wyraźniejszy. Kazał mi jeść i wymiotować. Nie byłam w stanie nad tym zapanować. Do nocy robiłam co mi kazał. Wymęczona, ledwo stałam na nogach. Wzięłam prysznic, wyniosłam ostatniego piernika z pokoju, by mnie nie kusił, zrobiłam herbatę, chwilę później miałam iść umyć zęby, ale nie... Głos przypomniał mi, że w torebce mam jeszcze czekoladę. Niechętnie ją zjadłam, przyniosłam jeszcze sałatkę i jogurt. Nie byłam w stanie po raz kolejny tego zwrócić, więc poszłam spać. I tak oto obudziłam się dziś w bałaganie, słaba, smutna, bez chęci nawet na napisanie tego posta. Nie wiem co będzie dalej. Ten straszny głos mnie kiedyś wykończy. Nawiasem mówiąc podejrzewam u siebie anemię. Czasem bardzo wiele rzeczy chcę zrobić, ale nie mogę, nie mam sił, mimo iż teoretycznie powinnam je mieć. Chciałabym pomóc mamie, która aż do wtorku chodzi do pracy, ale obecnie nie jestem w stanie pozbierać nawet ubrań z podłogi w moim pokoju. To uczucie jest okropne, szczególnie dla osoby, która z natury jest energiczna, pracowina, pomocna. Czuję się bezużyteczna. A jeszcze oświeciło mnie, że jest niedziela, a skoro wczoraj byłam u spowiedzi, to powinnam dziś pójść do kościoła (nota bene idea kiepska - pójść bez większej potrzeby wewnętrznej, a jedynie po to, by w święta móc przyjąć komunię). Nie wiem, czy dam radę, ale (może naiwnie) gdzieś w środku jest nadzieja, że Bóg mi pomoże, doda sił, zabierze ten straszny głos.
Jak jest dzisiaj? Miałam nic nie jeść, ale zjadłam. Myślałam, że wtedy wrócą siły. Nie wróciły. Mimo wszystko nie chcę się obżerać, liczę, że głos da mi dziś spokój.
Plany na święta? Już od dawna są takie, żeby jeść, ale małe ilości. Pytanie tylko, czy głos będzie na tyle łaskawy, by mi odpuścić?
Tak naprawdę z każdym dniem dowiaduję się o sobie i swojej chorobie czegoś nowego. Wiem już, że napady to nie przypadek. Jest głos, jak to mówił kiedyś mój psycholog (nawiasem mówiąc, zapisałam się do niego ponownie na kilka wizyt w styczniu) - wewnętrzny krytyk. Mój kat. I wcale nie jestem wariatką. Każdy ma taki wewnętrzny głos. Tyle, że u jednego pełni on rolę przyjaciela, mobilizującego do działania, rozwoju, poszerzania horyzontów, a w moim przypadku to kat, wyznaczający chore standardy, którym muszę się podporządkować, by zasłużyć na jego (swoje, bo głos jest mój) uznanie. Teraz wiem też, że to ludzie (niekoniecznie mężczyzna) są mi potrzebni do zdrowienia i kiedy oni będą, nie przeszkadza mi moja "samotność". Lepsze to niż bycie z kimś na siłę. Przecież nic nie jest ze mną nie tak (no może poza "problemami psychicznymi", ale jedną wadę mieć chyba mogę) - jestem młoda, sympatyczna, inteligentna, wartościowa, kreatywna, ambitna, elokwentna, wykształcona, zaradna, oczytana, ciekawa, otwarta, szczera, wierna, atrakcyjna, kobieca. Mam pasje i zainteresowania, ze wszystkim doskonale radzę sobie sama. Poniekąd właśnie dlatego postanowiłam "wyjść do ludzi", zamiast siedzieć w domu 31 grudnia. Kupiłam już wejsciówkę do klubu, więc nie ma odwrotu. Pójdę sama. Nie będę się ograniczać, tylko dlatego, że nie mam chłopaka, czy przyjaciół, bo w końcu życie ucieknie mi między palcami. Przynajmniej się wytańczę, a alkohol będzie symbolem dobrej zabawy, zamiast przygnębiającego nastroju i zapijania smutków oraz niepowodzeń mijającego roku.

niedziela, 15 grudnia 2013

Kiedy jedzenie nie pomaga

Sytuacja bez wyjścia. Mam ochotę krzyczeć. Rozwalić komputer. Uderzyć ścianę. Wymiotować. Umrzeć. A nie mogę nic z tego zrobić.
Tak naprawdę nie wiem co spowodowało mój obecny stan, bo nic niespodziewanego się nie wydarzyło.
Jestem bezsilna wobec samej siebie. Płaczę. Wiem, że tylko sen może zniszczyć to cierpienie, ale czy zasnę?

Niedługo się odezwę.

niedziela, 24 listopada 2013

Nie, nie, nie

Wszystko o borderline...
To w sumie wszystko wyjaśnia. Nie mi, bo ja to wiem. Ja z tym żyję. Wyjaśnia tym, którzy nie rozumieją. A i tak przypuszczam, że mało kto, czytając ten artykuł, chociaż w niewielkim stopniu, zrozumie. Bo to trzeba czuć, to trzeba przeżyć. Czytając to o mało się nie popłakałam. Uświadomiłam sobie, że jestem klasycznym przykładem "borderka". Mało tego, zupełnie nieświadomie, jakiś czas temu pewien plik, który w przyszłości miał być książką, zatytułowałam "Bezimienna". Bo tak się czuję. Nie wiem co robić. Dlatego tak bardzo sfrustrowana jestem, gdy ktoś próbuje wmówić mi, że kiedyś będę szczęśliwa i spotkam tego jedynego. No cholera nie spotkam, bo kto chciałby żyć z wariatką niestabilną emocjonalnie, która ma pretensje do całego świata? Ja nie chcę nikogo ranić. Po prostu bronię się przed samą sobą. Próbuję zagłuszyć jakoś ten wewnętrzny krzyk, tą rozpacz. Już nic nie pomaga. Nawet łzy, które właśnie spływają mi po policzkach. Nie wytrzymałam. Jestem sama. Tak bardzo chciałabym teraz zwymiotować (bo przecież na jakiekolwiek uczucia ze strony drugiego człowieka nie mam co liczyć), przecież ważę ponad 74 kg. Tak, już tak dużo. Zaraz znów na ulicy będą wytykać mnie palcami, znów nazywać grubasem i golonką. Nie chcę tego pamiętać, nie chcę do tego wracać. Bo tylko ja mam prawo sobą gardzić.
Zastanawiam się, dlaczego nie zwymiotowałam. Przecież tyle zjadłam (kończąc na plackach z mąki żytniej, bo pszennej nie było, posypanych cukrem... a do tego ogórki konserwowe), jest mi źle, ledwo oddycham, waga przeraża. A ja nadal naiwnie wierzę, że torbiel pęknie bez operacji. Skoro i tak mnie to czeka, to dlaczego nie wymiotuję?
Fizycznie jestem wykończona i śpiąca, ale nie idę spać. Nie idę, bo nie zasnę. Psychika każe mi "coś zrobić", zanim pójdę spać. Podświadomie wciąż mam nadzieję, że któregoś dnia pójdę spać i już nigdy więcej się nie obudzę. Że gdzieś tam będzie mi lepiej.
A wiecie co jest najzabawniejsze? Ja nie potrzebowałam dziś wiele. Ja nigdy nie potrzebuję wiele, nie jestem wymagająca. Potrzebuję drugiej osoby, bliskości, przytulenia, pocałunku, rozmowy, zrozumienia, pociesznia. Zwyczajnych rzeczy. Ale tego nie dostaję. Już od dawna. Żeby zagłuszyć jakoś tę pustkę, jem. Jem i się pogrążam, a waga wskazuje coraz więcej. Im więcej wskazuje, tym więcej jem, tym bardziej moje myśli krążą wokół jedzenia i ostatecznie tym bardziej zdaję sobie sprawę z "bezsensu mojego życia sensowności" (cytat z jednego z moich wierszy, jakoś tak utkwił mi w pamięci).




środa, 20 listopada 2013

Coś jeszcze?

Może i u mnie od wczoraj nie jest najlepiej, ale teraz to nieważne. Co prawda nie wymiotowałam ani razu, nawet mimo skrajnego obżarstwa wczoraj i zaskakująco wysokiej wagi, ale znów poczułam jakbym znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Psychiczne dno. Nawet zasnąć nie mogłam. Myślałam, że to koniec, że już sobie nie poradzę. Zadręczałam się tymi wszystkimi myślami aż w pokoju nie pojawiła się mama z przerażającą informacją. Ze łzami w oczach oznajmiła mi, że wuja, a zarazem mój chrzestny, nie żyje. Pisałam jakiś czas temu, że trafił do szpitala, ale ostatnio wszystko zdawało się być na dobrej drodze. We wtorek miał wyjść ze szpitala. Miał 55 lat.
Dla mnie osobiście najbardziej bolesny i niewybaczalny jest fakt, że nie byłam nawet u niego w szpitalu. Zajęta swoimi sprawami, nie chciałam widzieć nikogo wokół. Tylko ja i moje problemy. Okazałam się straszną egoistką. Przynajmniej teraz wiem, czemu nie mam nikogo obok siebie.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Wszystko jasne

Torbiel żyje sobie swoim życiem na moim jajniku radośnie nadal. Im wizyta u lekarza była bliżej, tym ja się bardziej denerwowałam. Kiedy mnie badał z niecierpliwością czekałam co powie. Sam wydawał się być zaskoczony, że po tak dużej dawce hormonów torbiel nadal jest. Minimalnie się zmniejszyła - dobre i to. Podobno brak złych wiadomości, to też dobra wiadomość. I tak chcę o tym myśleć. Co prawda nie takiej diagnozy się spodziewałam, ale przynajmniej teraz już wiem, czym te ostatnie ostre bóle brzucha nieznanego wtedy pochodzenia, mdłości, wymioty i ogólne złe samopoczucie były spowodowane. Bulimia to jedno, a torbiel drugie - połączone ze sobą niszczyły mnie niesamowicie. Wątpię, by było coś jeszcze, także póki co zrezygnuję z planowanej wizyty u internisty (głównie w związku z bólami brzucha, mdłościami i wymiotami). Zobaczymy, czy jak pozbędę się torbieli, objawy ustąpią. Na szczęście to, co mogłam zmienić, zmieniam i czuję się o wiele lepiej. Trzeci dzień nie wymiotuję. Nie ważę się też póki co, chociaż z tym jest wyjątkowo ciężko, szczególnie wieczorami. Ale znam ten mechanizm doskonale - zważę się, waga pokaże (za) dużo w moim odczuciu (szczególnie wieczorem), uznam, że na nic moje wysiłki i nie ma sensu się starać, pójdę coś zjeść na pocieszenie, wpadnę w trans jedzenia, a później zwymiotuję w obawie przed wzrostem wagi i koło zacznie się kręcić na nowo. Wiem, że obecnie ważę dużo, bo widzę to po opiętych ubraniach i po swoim ciele i aż mnie nosi, żeby jednak sprawdzić tą wagę, ale z drugiej strony wiem, że nie może być to nagle 80 kg, szczególnie, że ćwiczę i mało jem. Zresztą tak, czy inaczej teraz zaraz i tak nic nie zrobię, a będę się tylko niepotrzebnie denerwować i kombinować. Poza tym, że nie miałam dziś zbyt dobrego dnia i nic do mnie nie docierało, jestem zadowolona i pełna optymizmu. Musiałam sobie to wszystko przemyśleć. Bombą energetyczną oczywiście okazała się siłownia i prawie zapomniany przeze mnie poniedziałkowy wycisk. Trochę wysiłku fizycznego, a człowiek od razu staje się bardziej optymistycznie nastawiony, nawet w stosunku do problemów. Bieżący tydzień będzie dla mnie szczególną próbą, bo znów biorę hormony, a wiadomo z czym to się "je". Wcześniej widocznie nie przytyłam, bo wymiotowałam. Teraz nie zamierzam tego robić, więc w tym tygodniu dieta i siłownia muszą być na 200% tak, żebym we wtorek za tydzień mogła się zważyć i ujrzeć 6 z przodu na wadze albo co by mnie ucieszyło bardziej widoczną (zapewne tylko dla mnie) zmianę ciała na lepsze. Postaram się skrupulatnie pilnować diety (której tak nota bene nie ma - znam zasady, ale sztywnego menu nie ustalałam) i możliwie zwiększyć ilość treningów.

Bilans dnia dzisiejszego okazał się lepszy niż bym mogła się tego spodziewać.
Zjadłam:

  • 50g crunchy z 200 ml mleka
  • banana
  • pomarańczę
  • batonika
  • 200g chudego twarogu.
Przy czym zaliczyłam godzinne zajęcia na stepach i ok. 40 minut orbitreka.

:)

Pozytywna energia

Stoję przed lustrem. Naga. Patrzę na swoje nieidealne i dotąd znienawidzone ciało, na liczne blizny, na świeże ślady autoagresji, których po ostatnim cieżkim okresie wyjątkowo dużo, nakładam balsam. Nakładam balsam i się uśmiecham. Pierwszy raz od dawna myślę o sobie, że jestem piękna. To moje ciało, sprawne i zdrowe i jakby nie patrzeć lepsze niż 2 lata temu. Będę o nie dbać najlepiej jak potrafię, z czasem może nawet je pokocham. Przecież to ciało jest częścią mnie i reaguje na wszystko co się w moim organizmie i psychice dzieje. Przez długi czas je katowałam, nie tylko niewłaściwą dietą, regularnym wymiotowaniem i samookaleczaniem, ale także nieodpowiednim wysiłkiem fizycznym, do którego nierzadko się zmuszałam, wiecznym stresem i chronicznym brakiem snu. Dzisiaj je przeprosiłam.

Nie pojechałam dziś na siłownię. Nie byłam w stanie wstać przed 7, żeby zdążyć na zajęcia o 9 (siłownia dziś tylko do 12). Mimo to zaraz po śniadaniu ćwiczyłam, naładowałam się pozytywną energią (i gdyby nie to pewnie teraz bym poległa), z uśmiechem na twarzy pojechałam na zdrowe zakupy, później zrobiłam porządek w notatkach. I nic więcej. Gdzieś po drodze złapało mnie standardowe przygnębienie. Na pocieszenie jadłam, choć nie byłam głodna. Nie zjadłam dużo, po prostu normalnie. Normalnie, czyli nie jak człowiek na diecie i ciut więcej niż by tylko zaspokoić głód. Nie tknęłam nic z mojej listy "bulimicznej" - żadnych szybkich przekąsek, słodyczy, żadnych naleśników, dużych ilości chleba. Nie miałam napadu, nie wymiotowałam, nie ważyłam się. Na pewno jest to jakiś powód do zadowolenia, chociaż natrętne myśli wracają niczym bumerang, szczególnie kiedy coś nie idzie po mojej myśli. Staram się zabić je w zarodku. Możliwe, że podświadomie denerwuję się jutrzejszą wizytą u lekarza. Teoretycznie jakoś specjalnie o tym nie myślę, ale gdzieś tam w środku naprawdę się boję. Nie do końca zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji (z doświadczenia wiem, że jest to bardziej dobre niż złe, bo człowiek się tak nie nakręca, chociaż z drugiej strony wówczas można zbyt luźno podejść do sytuacji... mimo zażywania hormonów i świadomości, że prawdopodobnie to bulimia jest przyczyną torbieli, nadal wymiotowałam), ale to poniekąd dlatego, że nie zakładam, żeby torbiel nadal była. Mimo to wiem, że są 2 opcje.

I tak oto przygnębiona i kompletnie samotna, popijam melisę, słucham przygnębiającej muzyki i staram się nie myśleć o przyszłości. Czuję, że wewnątrz mnie są wielkie pokłady pozytywnej energii i jak tylko usłyszę jutro, że torbieli nie ma, eksplodują, a ja ruszę do przodu. Przecież mam się z czego cieszyć. Myśląc tak bardzo przyziemnie, już drugi dzień nie wymiotowałam, zaczęłam normalnie jeść, ćwiczę, wysypiam się, zaczynam dbać o siebie... Tylko właśnie wciąż czegoś (kogoś?) brak. Może nawet nie stricte związku. Po prostu szczerej i wartościowej rozmowy, wsparcia, poświęconego czasu. Przyjaciela? Tak, jest ktoś kto potrafi mnie wysłuchać,wesprzeć, poświęcić swój czas. Jedna jedyna osoba na tym świecie, która mnie rozumie i doskonale zna moje życie. Może z racji wieku i licznych doświadczeń życiowych nie odrzuca? Niestety, ma swoje życie: dom, rodzinę, pracę. Ja jestem tylko takim dodatkiem. Widujemy się bardzo rzadko i zwykle krótko. Rozumiem to i nie mam pretensji. Pytam tylko losu, dlaczego kogoś takiego nie ma tylko dla mnie? Na szczęście ta odwieczna pustka nie boli psychicznie tak bardzo, kiedy wszystko we własnym życiu mam poukładane, a emocjonalnie jestem stabilniejsza. Tymbardziej muszę o to walczyć.

There's nothing I wouldn't do
To have just one more chance
To look into your eyes
And see you looking back...

sobota, 16 listopada 2013

Żyć

Wiem, popełniam błędy. Wiem, jestem taka a nie inna. I się nie zmienię dla kogoś. Jedyną osobą, dla której jestem w stanie zrobić cokolwiek, jestem ja sama. Koniec z narzekaniem na swój los i wpędzaniem w wieczne poczucie winy i strachu. Jest tak, a nie inaczej i to ja muszę dostosować się do obecnej sytuacji, a nie na odwrót. Dostosuję się. Wiem, że dam radę. Przecież jestem silna.
Nie wiem, czy za prędko nie podsumuję dzisiejszego dnia, ale nie wymiotowałam. Jest to ogromny sukces, biorąc pod uwagę fakt, że zjadłam dużo, nie jadłam dietetycznie, a do tego przyjęłam dziś kilka bolesnych ciosów. Nie zrobiłam też nic konstruktywnego. Nie byłam w stanie zmobilizować się też, by pojechać na siłownię. Jutro pojadę z samego rana, rozćwiczyć zakwasy po wczorajszym treningu i rozładować wewnętrze napięcie. Cieszę się, że znów ćwiczę.
Jest też jeszcze jeden mały sukcesik - zaczęłam rozmawiać z mamą. Co prawda na razie zdawkowo, ale zawsze to jakiś krok do przodu.
Tak naprawdę uczę się teraz żyć na nowo. Staram się zapomnieć wszystko co było i żyć teraźniejszością. A może już niedługo zacznę żyć przyszłością? Chcę, by było jak dawniej, ale po nowemu. Kluczowe zmiany, których chcę dokonać:
1. Zniszczyć bulimię.
2. Ćwiczyć dla przyjemności i osiągnięcia zamierzonych celów, jak kiedyś.
3. Jeść, ale się nie obżerać. Jeść śniadanie, obiad, kolację. Nie jeść na noc. Wrócić do sposobu żywienia, który sam w sobie sprawiał, że czułam się wspaniale - owoce i warzywa jako podstawa. Do tego dużo wody. Już na samą myśl o tak korzystych zmianach dla mojego organizmu jestem pełna zapału!
4. Wysypiać się.
5. Nie zawalać uczelni.
6. Cieszyć się życiem, nawet jeśli nie ma ku temu powodów. Pozytywne myślenie potrafi zdziałać więcej niż wszystkie chore metody, których dotąd próbowałam, by stanąć na nogi.

piątek, 15 listopada 2013

Nie wymiotować

Banalne - kiedyś tak myślałam. Jeszcze, będąc na początku mojej "przygody" z bulimią, czytałam różne fora, gdzie wypowiadały się bulimiczki, chcące z tym skończyć. Dziwiłam sie, kiedy pisały, że się nie da i kiedy cieszyły dniem bez wymiotowania. Ja też to wtedy robiłam, ale nie byłam jeszcze stricte bulimiczką. Potrafiłam tego nie zrobić, nawet będąc skrajnie najedzona. Co więcej nie sprawiało mi to przyjemności. Ba, jeszcze przed tym całym odchudzaniem, wymiotowanie było dla mnie czymś najgorszym na świecie! Kiedy miałam mdłości, modliłam się, by tylko nie wymiotować. Nie patrzyłam na to wtedy w kategoriach pozbycia się jedzenia, czy obniżenia wagi (bo schudnięciem bym tego nie nazwała). No, ale to było kiedyś i nie ma sensu do tego wracać. Nieśmiało wierzę, że kiedyś znów tak będzie. No ale póki co wymiotowanie stało się dla mnie czymś normalnym, nawet po niewielkim posiłku. Obecnie nie ma już opcji, że nie dam rady wymusić wymiotów, bo chcąc, nie chcąc, powoli dochodzę do perfekcji w tej kwestii. Ale muszę z tym skończyć. Z perspektywy czasu tęsknię za czasami, kiedy potrafiłam nie jeść, czy maksymalnie się ograniczać. "Nie" znaczyło "nie" i nikt ani nic nie było w stanie mnie złamać. Teraz wiem, że z dwojga złego, głodzenie było mniej destrukcyjne. Rzecz jasna nie do tego dążę (pomimo mojej skłonności do popadania w skrajności), ale jest to jakąś alternatywą, przynajmniej na początku, kiedy za cel postawiłam sobie NIE WYMIOTOWAĆ. Wiem, że jak będę jeść (i nie wymiotować) w najlepszym wypadku utrzymam obecną wagę, a na dłuższą metę psychicznie tego nie wytrzymam. Muszę zacząć naprawiać siebie od podstaw. Najpierw wyjść z bulimii, kiedy jeszcze w jakimiś minimalnym stopniu tego chcę i zdaję sobie sprawę z konsekwencji tej choroby (w dużej mierze niestety przekonałam się o tym osobiście), a dopiero później zacząć właściwe odchudzanie. Wiem, że najgorsze będzie powstrzymanie się od wymiotowania, kiedy dopadnie mnie nieplanowane obżarstwo (planowanego i tak już być nie może, bo zwykle powiązane ono było z wymiotowaniem, a niekiedy dodatkowo przeczyszczaniem), ale właśnie wtedy muszę być silna. Muszę, bo jestem z tym wszystkim sama. Wiem, że nikt mi nie pomoże, nikt moich problemów nie rozwiąże i nikt za mnie życia nie przeżyje. Albo sama sobie pomogę (w psychologów, psychiatrów, psychotropy, psychoterapię i wreszcie w szpital psychiatryczny nie wierzę), albo na moim narobku (o ile taki ktoś mi sprawi) będzie widniał przerażający napis "Żyła 23 lata"...

czwartek, 14 listopada 2013

Żyć przeciwko wszystkim - tylko, czy ja tak potrafię?

Było źle. Myślałam, że nie może być gorzej. Mimo to jakoś normalnie starałam się przeżyć ten dzień, ale wróciłam do domu. I chyba to był mój największy błąd. Nie mogę tu mieszkać. To jest istny dom wariatów. Mało, że od obojga rodziców słyszę, że nic nie robię i najlepiej jakbym się wyprowadziła, to nie dają mi nawet spokoju. Matka dręczy mnie psychicznie. Dziś od progu zaczęła się na mnie wydzierać z wściekłością w oczach. Prawie mnie uderzyła. Przypuszczam, że powstrzymała ją jedynie myśl, że nie pozostałabym jej dłużna. Jeśli ktoś mnie atakuje, to mam prawo do obrony. Ona jednak uznała, że ona ma prawo do wszystkiego, a ja jak ją dotknę, to pójdzie do sądu i ciągnęła dalej z zadowoleniem "i pójdziesz do więzienia, a wtedy będziesz o suchym chlebie i wodzie" i coś tam dalej, ale już nie słuchałam. W ogóle praktycznie nie odpowiadałam na jej krzyki i zaczepki, ale ona wtedy wydzierała się jeszcze głośniej. Później zaczęła wymyślać, bo wiedziała, że nie przemilczę jak coś będzie nieprawdą. I tak też się stało. Po wielu nieudanych próbach (od zeszłego tygodnia począwszy) w końcu udało jej się mnie sprowokować. Doprowadziła mnie do łez i nasilonych myśli samobójczych. Ale przecież ją to nie obchodzi. Pewnie nawet cieszyłaby się, gdybym zniknęła z tego świata. Nie wiem co robić. Cholera jasna, gdybym miała pewność, że umrę na pewno... Ale boję sie konsekwencji nieudanej próby samobójczej. Wyprowadzić teraz się też nie mogę, bo nie mam dokąd. Nie chcę po raz kolejny rzucać studiów, szczególnie, że jestem już na 3 roku. A bez pracy na pełen etat, wyprowadzka nie jest możliwa, bo dziwką nie zostanę (a to chyba jedyna możliwość zarobienia wystarczających pieniędzy, bez rzucania studiów).
No i  bulimia. Dzisiaj nie wymiotowałam. Byłam pewna, że tego nie zrobię. Teraz jednak chcę to zrobić, potrzebuję tego, dlatego pójdę się nażreć i zwymiotować, tylko po to, by poczuć ulgę. Ulgę psychiczną i przeogromny ból bezsilności wobec własnego marnego życia zarazem.

...




niedziela, 10 listopada 2013

Urodziny

Wczoraj miałam 23 urodziny. Dzień jak każdy inny poza życzeniami, często "bo wypada". Nie spodziewałam się fajerwerków, bukietu kwiatów ani niespodzianek, bo wiem, że na to nie zasługuję. Z perspektywy dzisiejszego dnia wiem, że wystarczyłaby mi normalność. Ale nie... Wczoraj cały dzień kłótnie z mamą o byle co, bo powód zawsze się znajdzie, żeby tylko mi dowalić. Dzisiaj byli goście. W bardzo okrojonym składzie, bo wuja leży w szpitalu, więc zrozumiałe, że nikt od niego nie przyjechał. Myślałam, że chociaż te parę godzin, kiedy w domu poza mną, moją siostrą i rodzicami jest jeszcze druga siostra, która z nami już nie mieszka, babcia i chłopacy sióstr, będę miała spokój. Bo zwykle wtedy się nie kłócimy, udajemy szczęśliwą rodzinę, wszystko jest sztuczne i na pokaz. Gdy tylko ktoś przerwie te pozory, dostaje po mordzie. Tak też było dzisiaj ze mną. Nieważne, że mam urodziny. Wszyscy przeciwko mnie, każdy krzyczał i uciszał. Mam dosyć. Najpierw składają mi życzenia, a później wprowadzają w negatywny stan psychiczny. Dzięki temu wiem, że życzenia były nieszczere. Dopóki tu mieszkam, moje problemy psychiczne nie ustąpią. Dowiedziałam się od mamy, że "bylibyśmy szczęśliwą rodziną, gdyby nie ja". No to już widzę tą ich sielankę jak się wyprowadzę. Wtedy nie bedzie nawet osoby, na której można się wyżyć i której można ponarzekać. Ale ok. Już od dawna wiem, że jak tylko będę miała możliwość wyprowadzenia się z tego chorego domu, to to zrobię i zacznę nowe, samotne, ale szczęśliwe życie. Tylko nie wiem, czy będe potrafiła być obojętna na rodzinę, bo mimo tego jak mnie traktują i jak źle mi z nimi jest, nie potrafię odwzajemnić im się tym samym.
A co poza tym u mnie? Nic nowego. Bulimia jest już na porządku dziennym, a wszelkie próby życia bez niej, zdają się być na krótką metę. Zauważyłam, że teraz nie muszę się nawet przejadać, by to robić. Odkąd podupadłam na zdrowiu i często boli mnie brzuch tak, że wymiotuję z powodów innych niż bulimia (zazwyczaj zdarza sie to, kiedy stoję na promocjach, więc może to jakiś stres z tym związany) nie ma dla mnie znaczenia już, czy się napcham, czy po prostu więcej zjem, bo w każdym przypadku zwykle mam mdłości. A jak mam mdłości, to nie męczę się z nimi tak jak kiedyś. Po prostu wymiotuję. Straciłam nad tym kontrolę. Mimo to chcę jeść normalnie, więcej sypiać, zacząć ćwiczyć i zmienić swój nerwowy tryb życia na bardziej spokojny, bo na pewno wpłynęłoby to pozytywnie na moje zdrowie, choćby fizyczne. Wystarczy kilka dni "odpoczynku" od bulimi, a moja twarz przestaje być opuchnięta, oczy czerwone, a do tego moje samopoczucie psychiczne o niebo lepsze. W przyszłym tygodniu miałam wrócić na siłownię, ale rodzice nie sprezentowali mi jeszcze całej sumy pieniędzy na 3-miesięczny karnet i pewnie nie sprezentują. Rodzice nawet w tej kwestii nie potrafią się dogadać, także nie wiem jak to będzie.
Coś mnie od wczoraj na to wzięło... Bardziej wymowna niż tysiąc słów.


czwartek, 31 października 2013

Czwartek

Mam dość. Wszystkiego. Jest mi już naprawdę wszystko jedno, znów pomyślałam o bezsensowności własnego życia. Gdy tylko o tym myślę, łzy same się pojawiają. Pamiętam jak byłam bliska śmierci, pamiętam też jak bardzo bałam się tego zrobić. Jakaś wewnętrzna chęć do życia walczyła z (chwilową? acz silną) chęcią pożegnania tego świata. Przypuszczam, że byłoby wszystko inaczej, gdyby nie on... Dzisiejszy dzień pewnie byłby kolejnym we właściwym kierunku, ale nie dałam rady. Nie mam sił, by cokolwiek zrobić, bo nie ma żadnej osoby, z którą mogłabym o tym wszystkim porozmawiać. Nawet siostra... I to boli najbardziej. Wstałam rano i tylko ja mówiłam. Ona nie zdawała się być tym zainteresowana, włączyła tylko telewizor, wiedząc, że nie lubię i nie powinnam jeść przy włączonym telewizorze. Do cholery cała moja rodzina wie, że mam bardzo duży problem z jedzeniem, walczę z nawagą i bolesną samotnością, ale nikt nie robi nic, by chociaż nie przeszkadzać mi w życiu, bo pomocy już od dawna nie oczekuję. Chcę po prostu być kochana i doceniana. Czy to tak dużo? Brakuje mi tego w domu, a poza nim nie ma osoby, którą interesowałby mój los. Są znajomi z uczelni (na uczelni) i kilka znajomych spoza niej, których tak naprawdę nie ma. Jak ja mam się pozbierać skoro zawsze ktoś lub coś niszczy to co z wielkim wysiłkiem osiągnęłam do tej pory? I muszę zaczynać od początku... A ja już nie mam na to siły.

Mężczyzna, o którym wspomniałam na początku... Tak, napiszę szczerze co czuję, pomimo tego, że on pewnie to przeczyta. Nie pisałam nic o nim do tej pory, bo trafił na mojego bloga, ale wszystko już się skończyło... zanim się w ogóle zaczęło tak naprawdę. Wczoraj spotkaliśmy sie po raz czwarty. Dla jednego pewnie nic wielkiego, ale nie dla mnie. Prawdopodobnie właśnie wczoraj po raz pierwszy spotkałam się z nim bez bariery, którą osłaniałam się wcześniej. Wcześniejsze spotkania, rozmowy i wiadomości utwierdziły mnie w przekonaniu, że powinnam mu zaufać i nie traktować przez pryzmat krzywd wyrządzonych mi przez innych mężczyzn. Myliłam się jednak. Może za wcześnie pozwoliłam sobie na przywiązanie i świadomość, że on jest. Ale to stało się samo. Po każdym z wcześniejszych spotkań w obronie przed własnym cierpieniem, byłam przygotowana na koniec - przyjęłabym to do wiadomości i jakoś żyła dalej, ale nie wczoraj. Wczoraj wyjątkowo źle się czułam i tylko tyle wystarczyło, by definitywnie mnie ocenić. Bo przecież poznał mnie już wystarczająco. No ok, może do siebie nie pasujemy, ale w gruncie rzeczy, czy to właśnie tak jest, że spotyka się dwoje ludzi i są idealnie dla siebie stworzeni? Poza komediami romantycznymi i związkami rozpadającymi się, gdy tylko minie początkowa idylla - chyba nie. Im więcej przeszkód, tym silniejsza więź. Przynajmniej ja tak uważam... Uważałam do wczoraj. Już sama nie wiem. Jedno jest pewne - ja nie pasuję do nikogo i nie zamierzam przekonywać już nikogo, że jest inaczej, pomimo tego, że źle mi samej. Ale jeszcze gorzej odrzuconej. Żałuję tylko, że z nim nic nie wyszło. Dlaczego? Bo to jedyny facet od czasów mojego byłego, który traktował mnie poważnie (przynajmniej takie miałam wrażenie) i nie chciał mnie przelecieć. I ostatni mężczyzna, któremu dałam szansę się do mnie zbliżyć i wejść w moje smutne życie.

A moja dzisiejsza walka? Jest o tyle wygrana, że nie wymiotowałam. I nie zrobię tego, właśnie dlatego, że jest mi tak źle, bo to najtrudniejsze. Nie jadłam planowo, sporo "pocieszającego" jedzenia wpadło, ale nie doprowadziłam też do momentu, w którym przestaję jeść, tylko dlatego, że już więcej nie zmieszczę. Przestałam jeść po prostu i to daje mi malutką nadzieję na powrót do normalności. Nie zjem już nic dziś, za to zamierzam poćwiczyć - tylko, czy mi się to uda? Waga z rana to 68,5 kg.

Zacząć wszystko od nowa

W moim przypadku nie brzmi to chyba zbyt poważnie. Wiem. Ale wiem też, że to droga do mojego szczęścia. Samotnego szczęścia. Dzisiaj za mną "pierwszy" dzień diety, a zarazem wyjątkowo ciężki dzień. Natrętne myśli odpychane z uporem maniaka, siłą woli. Mimo skrajnie złego samopoczucia i jedzenia na wyciągnięcie ręki, nic już nie tknę do śniadania. Tak postanowiłam. To jest nie tylko walka o wymarzony wygląd, a przede wszystkim zdrowie i stabilność psychiczną. Jestem silna, zniosłam wiele i głupia zamiast się cieszyć tym co mam, niszczę wszystko dobre, co pojawia się na mojej drodze.

Nie potrafię powiedzieć co dalej. Wolałabym, żeby bulimii nie było. Byłoby mi łatwiej. Kiedyś po prostu stosowałam rygorystyczną dietę lub nie jadłam wcale, nie widząc innej "racjonalnej" opcji osiagnięcia celu. Teraz mam "opcję" bulimii i niestety zbyt często zaczęłam z niej korzystać, za każdym razem obiecując sobie, że to ostatni raz. Wiem, że to nie koniec. Wiem, że to wróci. Ale nie dziś. I tym chcę żyć. Kto wie, może jutro powiem to samo?

poniedziałek, 28 października 2013

68 kg

Krążę wciąż wokól tej wagi. I dobrze. Ale jakim kosztem? Gdyby nie bulimia pewnie już dawno bym solidnie przytyła. Znów to zrobiłam, znów mam wyrzuty sumienia i znów podle sie czuję. To się samo napędza. Byle głupota sprawia, że to robię. Poza tym jak mogłam nie wykorzystać tego, że jestem sama w domu? Chwilę "po" znów mam ochotę jeść, ale wiem, że nie mogę, bo nie będę miała siły, by już za chwilę zrobić to ponownie. Nie pojechałam na uczelnię na pierwszy wykład, bo przecież nie pokażę się z opuchniętą twarzą i czerwonymi oczami. Najchętniej nie jechałabym w ogóle, tylko zaszyła się w domu, jadła, płakała i dodatkowo dołowała się odpowiednią muzyką, ale muszę jechać. Największym wysiłkiem i tak będzie niewymuszony uśmiech, radość i chęć życia, które muszę skądś wykrzesać, by wszystko było "normalnie".

Zauważyłam też coś dziwnego. W piątek zamiast iść spać, pomimo później pory, poszłam do kuchni. Nie byłam głodna, ale miałam wewnętrzną "chęć", a raczej przymus, jedzenia. Może nawet nie tyle jedzenia, co... wymiotowania. Dziwne to. Zdarzyło mi się chyba pierwszy raz w życiu. Wiedziałam, że nie zasnę jak nie zwymiotuję, a żeby to zrobić musiałam cos zjeść, bo wcześniejesze jedzenie już się "uleżało". Zrobiłam sobie moje standardowe, byle jakie, naleśniki. Były tłuste (za dużo oleju wlało mi się na patelnię) i bez smaku, bo nawet cukru nie miałam (dodałam tylko trochę miodu), a jadłam je z chlebem posmarowanym masłem... Zaraz "po" poczułam ulgę, tak jakby łącznie z tymi naleśnikami mój brzuch opuściło wszystko inne, co tego dnia jadłam.

Teraz sprawa torbieli - skończyłam brać hormony. Nie przytyłam, ale nie wiem jakby było, gdybym nie kombinowała. Czekam teraz na wizytę u lekarza. Boję się, bo mam świadomość, że ta torbiel może nadal jest. Ba, ja jestem prawie pewna, że ona jest. Ale ważąc choć ciut mniej niż poprzednio, w jednej chwilii przestaje mnie przerażać nawet operacja wraz z narkozą. Nic nie jest tak ważne jak "schudnąć". Przyznaję, stało się to celem głównym mojego życia. Niezdrowym celem, z którym z jednej strony usilnie walczę, a z drugiej, który paradoksalnie utrzymuje mnie przy życia i sprawia, że choć czasem prawdziwie się uśmiecham.

środa, 23 października 2013

Ja, papierowa marionetka

Jest źle. Byłam w poniedziałek u ginekologa. Nie spodziewałam się złych wieści. Niestety. Mam powiększającą się, w zastraszającym tempie, torbiel, która powinna była normalnie pęknąć wraz z pojawieniem się miesiączki, ale nie pękła - urosła. Biorę hormony. Bałam się tego najbardziej na świecie, bo skutki ich stosowania w moim wypadku mogą być katastrofalne. Przede wszystkim coś, czego boję sie najbardziej - wzrost wagi. I tak wciąż z tym walczę. A już mi się udawało, już wychodziłam na prostą, a tu nagle taki cios. Mimo to się nie poddałam, a jednak... Wczoraj jedzenie znów wygrało, szczególnie słodycze. Wczoraj, pomimo walki z natrętnymi myślami i chęcią na czekoladę, poległam. Zjadłam całą 300 g czekoladę, zagryzając ją chlebem, kiedy już mnie mdliło. Najpierw zjadłam trochę więcej niż pół tej czekolady i z 3-4 skibki chleba (dokładnie już nie pamiętam) - całość łacznie z częścią obiadu, który był sporo wcześniej zwymiotowałam. Poczułam ulgę i jakiś czas później zrobiłam to samo, z tym, że byłam już po tabletkach. Długo i boleśnie walczyłam ze sobą wewnętrznie - nie zwymiotowałam po raz drugi. I to mnie chyba przeraża najbardziej. Nie dość, że biorąc te leki, narażam się nie tylko na wzrost wagi, ale i trądzik (do którego mam skłonności), wypadanie włosów i depresję (która też nie jest mi obca), to nie mam pewności czy one w ogóle pomogą. A wymiotować po nich nie mogę. Moja pierwsza myśl po wizycie u lekarza - "nie będę mogła dowolnie wymiotować, bo przecież jak zwymiotuję te leki (a nie wiem jak długo się wchłaniają), to świadomie mogę skazać się na operację". Przeraża mnie to i stresuje jednocześnie. Dopiero w połowie listopada mam kolejną wizytę u lekarza. Do tego czasu chyba zwariuję. Wciąż będą krążyć mi po głowie myśli o operacji, a szczególnie narkozie, której się tak bardzo boję. Do tego obawiam się konfrontacji z rodziną, poczas nadchodzącej "wizytacji" - nie chcę, by komentowali mój wygląd, nie wiedząc z czym się zmagam. Szczególnie w moje urodziny. Ale dla nich jest albo białe, albo czarne, a i tak zawsze źle. Jak (odpukać) widocznie przytyję po tych lekach (dodatkowo do tycia z przyczyn oczywistych), to nikogo nie będzie obchodziło, dlaczego tak wyglądam. Dlatego dziś, po wczorajszej wpadce (i tylko 3 godzinach snu), nic nie jadlam. Wypiłam 4 kawy i od razu po powrocie z uczelni miałam iść spać, ale oczywiście rzuciłam się na ciasteczka. Zjadłam prawie całą 400 g paczkę, a biorąc pod uwagę, że 100 g to prawie 500 kcal, to wychodzi na to, że dzienne zapotrzebowanie nadrobiłam w kilka minut. Oczywiście chwilę później, jak już smak tych ciastek mi się znudził, zjadłam (połknęłam) 2 skibki chleba, zarazem chcąc od razu tego wszystkiego się pozbyć. Nie wiem co się stało, ale chyba podświadomie zaczęłam sie denerwować, połykając w pośpiechu ten chleb. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe, jakbym robiła coś złego... Bo może robię? "Powikłaniem ginekologicznym spotykanym niemal u 70 proc. chorujących na bulimię dłużej niż 3 lata są torbiele jajników". I wszystko jasne. Co prawda na bulimię choruję znacznie krócej, nie mniej jednak, tak jak przypuszczałam, ma ona znaczący wpływ na moje zdrowie i w tym aspekcie. Jestem idiotką. Boję się opercji, do tego stopnia, że łykam hormony, mogące spowodować przyrost wagi, a nie potrafię przestać wymiotować, doskonale wiedząc, że może to zahamować efekty leczenia hormonami. Nie wiem co zrobić. Wiem jedno - daję się kierować innym ludziom. Zamiast, jak kiedyś, kierować się swoim zdrowiem i własnym dobrem, martwię się tym jak ludzie zareagują na przyrost wagi, tak naprawdę nie mając nawet pewności, że on nastąpi. Chcę ich niejako zadowolić. Jestem taką papierową marionetką, o której pięknie świewa Edyta Górniak.
Papierowa, bo niestabilna (emocjonalnie przede wszystkim), podatna na zniszczenie (zranienie), bez siły przebicia, słaba.
Marionetka, bo żyjąca według innych, nie wyrażająca sprzeciwu, wykonująca dokładnie te ruchy, które narzucą jej inni, zadowalająca kierujących nią ludzi, bez prawa do życia, zależna od innych i ich opinii. Niby mam swoje zdanie, niby wszystko co robię, robię dla siebie, niby nie przejmuję sie opinią innych. Niby. Brak mi już siły, by owo "niby" przestało istnieć.



Leki będę brała krótko przed snem, żeby uniknąć takiego dylematu jaki mialam wczoraj. Pomimo chęci skończenia z bulimią, nie wyeliminuję jej na razie z mojego życia. Przynajmniej dopóki biorę te leki i za każdym razem zdenerwowana wchodzę na wagę.

Co z treningami? Odpuściłam. W poniedziałek wiadomo - dolina. Generalnie tydzień zaczęłam dobrze, jednak dobry humor nie trwał długo. Opuścił mnie, gdy tylko wyszłam od ginekologa. Jeszcze jakis czas po wizycie trzęsły mi się ręce, byłam zdenerwowana, a łzy (tak skrzętnie ukrywane przed światem) same napływały do oczu, gdy tylko czytałam szeroką listę skutków ubocznych na ulotce. Wczoraj też jakoś tak nie mogłam się zebrać w sobie, by wyjść. A dzisiaj to już w ogóle jakiś koszmar. Może jutro? Ale w biegach na 5 km i tak pewnie nie wezmę udziału...

niedziela, 20 października 2013

A może kiedyś ktoś jednak zapyta...

I co wtedy? Odpowiesz, że wymarzoną sylwetkę osiagnęłaś rzyganiem? Nigdy nie podasz się za wzór do naśladowania. Biegając odżywam. To właśnie wtedy uświadamiam sobie, że wszystko zależy ode mnie. Wtedy widzę wyraźnie, że muszę z tym skończyć. Próbuję. W ostatnim czasie przeważnie mi się udawało. Za to nie radziłam sobie z napadami obżarstwa. No ale chociaż kilka razy powstrzymałam się od wymiotowania i dalszego jedzenia, kiedy to będące już w żołądku, trochę się "uleżało". Nie wiem, czy uznawać to za swój sukces, ale cieszy mnie, że chociaż czasem widzę jakieś światełko w ciemności.

Dziś będzie zbitek różnych myśli. O wszystkim i o niczym. Ale po kolei...

Nie pisałam wczoraj, bo nie dałam rady. I tak pewnie nie zebrałabym odpowiednio myśli, bo wiecznie coś mnie rozpraszało. Miałam zły dzień. Począwszy od nieudanych zakupów (do teraz nie wiem, gdzie podziały się moje pieniądze z konta... na koncie internetowym widnieją, ale wszędzie, włącznie z bankomatem brak środków, a i nawet minusowe saldo!), a na obżarstwie i nic nierobieniu skończywszy. Wczoraj naprawdę czułam moc uzależnienia - nie chciałam jeść, ale musiałam. Jak już otworzyłam 2 paczki ciastek, to 2 musiałam na siłę zjeść. Planowałam zwymiotować, ale pomimo złego samopoczucia, mdłości i przerażająco wysokiej wagi (72 kg), tego nie zrobiłam. W gruncie rzeczy nie lubię tego robić. Poza tym nawet nie miałam wczoraj  rano działajacej wagi, więc i tak nie wiedziałam ile ważę, a głównie ta informacja miała być celem tego posta. Dopiero po południu kupiłam nową baterię i się zważyłam.

A więc, ile ważę? Dziś rano waga była łaskawa... 70,4 kg. Teraz już naprawdę sie odchudzam, nie przekładam nic na restart z siłownią, na poniedziałek, na jutro, na przyszły miesiąc. W sumie nie mam konkretnego planu. Po prostu chcę ograniczyć jedzenie, wykluczyć lub ograniczyć produkty, które wiem, że nie są dla mnie dobre (a szczególnie te, które wiem, że prowadzą do ciągu), nie jadać na noc, nie wymiotować (i nie doprowadzać się do stanu, w którym to jedyne wyjście, bo jak typowej bulimiczce, po 1 jabłku nigdy wymiotować mi się nie zdarzyło), więcej sypiać, ćwiczyć. Po prostu normalnie i zdrowo żyć. Oczywiście o efektach mojej, niewątpliwie ciężkiej, pracy nad sobą będę tu na bieżąco pisać, bo jest to swego rodzaju wsparcie tego całego procesu.

Ostatnio miałam plan. Głodówka od poniedziałku do środy, a następnie 6 dni - "wracanie do żywych", jak ja to mówię, czyli etap wychodzenia. W PONIEDZIAŁEK dałam radę - nic nie zjadłam, zaraz po powrocie z uczelni biegałam, ale we WTOREK poległam. Wcale nie dlatego, że przygniótł mnie głód fizyczny. Bo są 2 rodzaje głodu - głód fizyczny i głód psychiczny. W moim wypadku ten drugi nie działa tak jak w przypadku zdrowego człowieka. Okazało się, że torebka, którą sobie upatrzyłam nie jest już dostępna w czarnym kolorze. Byłam sama w domu. Chcąc, nie chcąc głodna fizycznie, a do tego zła, że znów coś nie poszło po mojej myśli (jak sobie coś upatrzę, to zwykle za wszelką cenę muszę to mieć), więc zaczęłam jeść. Nie miałam nic do jedzenia (planowałam głodówkę, więc wszystkie zapasy pozjadałam w dni ją poprzedzające), więc jadłam to co wpadło w ręcę. Zaczęłam normalnie, żeby zaspokoić głód fizyczny,a skończyłam jak zwykle, nad sedesem. Wiedziałam, że tak będzie. Dlatego w moim wypadku najważniejsze, by nie pojawiał się owy głód psychiczny i by go samemu nie wywoływać, bo w przeciwieństwie do głodu fizycznego, z psychicznym ciężko sobie poradzić. Boję się go i nie potrafię opisać. Jak tylko na chwilę przestaję jeść, a nie jestem jeszcze wypełniona po brzegi, nie mogę się niczym zająć, nie mogę o niczym myśleć, nie mogę nawet go zabić, kładąc się spać, bo i tak nie zasnę. On będzie mnie męczył dopóki nie zjem. Nie wiem skąd to uczucie się bierze i dlaczego potrafią  być dni, kiedy też mam zły lub dobry dzień, a go nie ma (czyt. zapewne jest uśpiony). Z tego co pamiętam, wtorek upłynął na jedzeniu, wyrzutach sumienia, wymiotowaniu i obietnicach typu "od jutra", ale był też pozytyw - nie pamietam tego dokładnie, ale musiałam się zmusić do biegania, bo do środy codziennie trenowałam. Nie wiem, co planowałam na ŚRODĘ, ale pewnie ciąg dalszy głodówki, co by za bardzo nie przytyć (waga już ładnie spadała po poniedziałkowej głodówce, a i nawet po pierwszym napadzie i wymiotach była niższa niż dzień wcześniej - miałam się ważyć co 2 tygodnie, ale jak wychodzi coś nieplanowanego, nie jestem w stanie się powstrzymać), ale zdaje się, że nie dałam rady. Na uczelni podczas okienka byłam sama, musiałam się uczyć, a kompletnie nie mogłam się na niczym skupić (może też dlatego, że zupełnie niespodziewanie dostałam okres, czyt. ból brzucha, rozdrażnienie, chęć na słodycze i te sprawy). Znowu jedzenie za mną chodziło. Więc zjadłam, najpierw zdrowo - owoce, później wafelka i drożdżówkę. Nie przeszło. Kupiłam batonika. Nadal czułam się paskudnie. Nie mogłam sie nawet zważyć. Jedyne o czym myślałam, patrząc ślepo w notatki - zwymiotować. Zrobiłam to. Czułam się podle, miałam wrażenie, że każdy wie. W kolejnym okienku pojechałam na zakupy, niby kupiłam zdrowe jedzenie, odmawiając sobie standardowych pokus, ale jakoś ani tego dnia, ani w następnych dniach nie udało mi się wprowadzić normalnej diety w życie - oczywiście przez nadmiar kupionego jedzenia i pośpiech. Jedzenie w biegu jest niezgodne z moim wyobrażeniem właściwego (perfekcyjnego...) trybu życia, więc kiedy już się zdarzy, dzień od razy skazany jest na porażkę. Mimo wszystko po 12 godzinach, spędzonych na uczelni (w tym wspomniane wcześniej 2 okienka) i dwóch nieprzespanych nocach, wróciłam do domu (po drodze zaliczając jeszcze chipsy) i pierwsze co zrobiłam - poszłam biegać! ...pobudka o 6, od 8 do 20 na uczelni (jakoś przeżyłam ten dzień, chociaż na ostatnim wykładzie ledwo wysiedziałam - nie pomogła nawet kolejna, wieczorna kawa), o 21 byłam w domu (udało mi się tak prędko, bo w sklepie spotkałam tatę - gdyby nie to pewnie nie poszłabym w ogóle biegać) i 5 km zaliczone! :)) Jak wróciłam zjadłam kolację, co dziwne - najadłam się, ale jako, że gdzieś tam wcześniej uznałam ten dzień za przegrany i "zaplanowałam" napad z finałem w toalecie - jadłam dalej, wbrew sobie, jakby ktoś mi kazał, czując sie coraz gorzej. CZWARTEK miał być lepszy. Dodatkowym motywatorem był fakt, że pomimo wtorkowego załamania, środowego napadu i bardzo powierzchownej nauki z tegoż powodu, mogłam poszczycić się dobrymi wynikami w nauce. Nie różnił się jednak niczym od dni poprzednich. Po wielogodzinnym bieganiu od sklepu do sklepu w poszukiwaniu spodni, a w zasadzie konkretnego rozmiaru, coś mnie wzięło. Ból gardła nie do opisania, zmęczenie, niewyspanie. Nie biegałam, za to znów jadłam, tłumacząc się złym samopoczuciem. PIĄTEK to już w ogóle apogeum złego samopoczucia (choć gardło troszke odpuściło) - byłam skrajnie niewyspana, a głowa prawie ekplodowała, nie miałam chęci na jedzenie do wieczora (po solidnej uczcie wczesnym popołudniem), pochłonęłam tylko duże latte na wieczór.

Doszłam do wniosku, że właśnie wtedy, kiedy nie chce mi się jak cholera (ćwiczyć, biegać, uczyć, robić coś dla siebie), a jednak się przemogę, najbardziej cieszy. Ale żeby nie było tak kolorowo, jedzenie wciąż gdzieś tam jest w mojej głowie, nadal odbiera mi 90% czasu i myśli, wymioty też się zdarzają, no i waga wciąż oscyluje w granicach 70 kg. A do tego znów kupiłam tabletki przeczyszczające i cały tydzień zażywałam, żeby wzmocnić efekt wymiotów. Nigdy nie miałam problemu z zaparciami, ale niestety przez ten mój zmienny tryb życia, organizm jest wygłupiony i teraz jelita nie funkcjonują tak idealnie jak kiedyś, a mnie szlag trafia, kiedy coś we mnie siedzi i dodatkowo podbija moja wagę. Wiem, że jak uda mi się w końcu wyregulować dietę, przyzwyczaić organizm do czegoś jednego (a nie że każdy dzień wygląda inaczej - kilka dni diety, później jem do oporu i wymiotuję, innym razem też jem, ale nie wymiotuję, później się głodzę), jak włączę regularną aktywność fizyczną (póki co w tej akurat kwestii nie mam sobie wiele do zarzucenia - od soboty do środy biegałam codziennie, nawet jak bardzo mi się nie chciało... zmieniałam zdanie od razu jak tylko poczułam rześkie powietrze, w czwartek i piątek odpuściłam ze względu na samopoczucie, a wczoraj - wspominałam na początku posta jak wyglądał mój dzień, a w takim wypadku nie było mowy, by zwlec tyłek z łóżka, ale już dziś 5 km za mną), no i jak zacznę się wysypiać, wszystko wróci do normy. Także nie ma rady innej jak w końcu przestać kombinować. Chociaż...

Myślę intensywnie o tej 3-dniowej "głodówce", póki jeszcze nie ćwiczę na siłowni. Wstępnie chciałabym w środę zrobić sobie takie miniwprowadzenie - dzień na świeżo wyciśniętym soku z pomarańczy. Czwartek, piatek tylko kawa, herbata, woda, gumy do żucia (tak w moim przypadku wygląda głodówka, dlatego wzięłam w cudzysłów), a od soboty 6 dni powolnego powrotu do normalności. Myślę, że gdyby udało mi się wytrwać, byłby to solidny fundament mojej zmiany.

Jeszcze jedno spostrzeżenie z poniedziałku, czyli dnia, kiedy nic nie jadłam. Zauważyłam, że jak jestem głodna, to (że tak brzydko sie wyrażę) "zapierdalam" z robotą i potrafię siedzieć po nocy, głodna (fizycznie, chociaż psychicznie też, szczególnie po serii wykładów o jedzeniu), by zrobić wszystko co od długiego czasu odkładałam. Coś czego nie zrobiłam w przeciągu miesięcy - na głodnego robię to w kilka godzin lub kilka dni, czyli, że się da. Może dlatego, że nie czuję się "na haju", bo wcale nie muszę się obżerać, by być "na haju". Wystarczy, że jem, nawet malutko, dietetycznie, ale wtedy i tak nakręcam całą nachinę nałogu i wiecznie myślę o jedzeniu, planuję posiłki, mówię o jedzeniu, no i często też jem. Bo to tak samo jakby porównać mój nałóg do (wzorcowego już niemalże) alkoholizmu - dopóki alkoholik jest "czysty", jest super, jest z siebie dumny, a każdy kolejny dzień bez alkoholu, wzmacnia jego motywację. Kiedy już wypije lampkę wina u znajomych, nawet jeśli jakimś cudem na tym uda mu się poprzestać (alkoholik i tak ma ułatwione zadanie, bo nikt kto zna jego problem, a zakładam, że znajomi znają, nie będzie go do choćby lampki wina namawiał - w przypadku jedzenioholików, znajomi nawet znając problem, nie omieszkają nie namówić na kolejny kawałek ciasta, czy dodatkową porcję kolacji), to już jego myśli krążą wokół alkoholu, ma wyrzuty sumienia, czuje się po prostu źle, nakręca się, nie potrafi normalnie funkcjonować, nic nie ma sensu. Tak samo jest ze mną, kiedy stykam się z przedmiotem mojego uzależnienia, czyli kiedy jem. Nie wiem, jak faktycznie czuje sie alkoholik, mogę tylko przypuszczać na podstawie swojego nałogu i obserwowania ludzi borykającymi sie z nałogiem alkoholowym z zewnątrz, ale jestem prawie pewna, że podobnie.

A teraz czas najwyższy wziąć się za sprzątanie pokoju, bo obecny bałagan mnie dobija. Ład w miejscu, w którym spędzam najwięcej czasu z pewnością pozytywnie na mnie wpłynie - wiem to z autopsji :)))

sobota, 19 października 2013

Tak jakoś naszło mnie na przemyślenia

Kiedyś byłam "gruba" (względnie gruba - miałam nadwagę, ale nie znowu jakąś powalającą, dopiero później zaczęła się otyłość, wieczne odchudzanie, problemy z jedzeniem), ale byłam też szczęśliwa. Chcę wrócić do tego okresu. Do okresu tamtej beztroski, tamtego życia, tamtych problemów, tamtej normalności. Przeglądam właśnie stare zdjęcia i ledwo potrafię sobie wyobrazić coś, co kiedyś było normalne. Nie wiem co wtedy jadłam, jak jadłam, o której jadłam. Bo to nie było ważne. Owszem może od czasu do czasu zjadłam więcej, pocieszyłam się czekoladą, czy pochłonęłam sporą kolację, ale nie ważyłam się codziennie (w gruncie rzeczy w ogóle się nie ważyłam, bo nie miałam wagi) i nie przywiązywałam większej wagi do tego, co teraz zajmuje większość mojego czasu. Jak tak patrzę na te wszystkie zdjęcia widzę zdrową, wesołą dziewczynę. Może nie do końca życie mi się wtedy układało, ale potrafiłam cieszyć się z małych rzeczy i doceniać każdy dzień. Dziś nie potrafię. Nie cieszy mnie specjalnie już nawet dzień, w którym uda mi się wytrwać bez jedzenia. Ehh byłam wtedy szarą, zakompleksioną myszką z zewnątrz i pragnącą podziwu dziewczyną w środku, nie przejmowałam się specjalnie opinią innych i realizowałam się, nadając życiu sens, za to dziś jestem zniszczoną, chorą kobietą, udającą przed całym światem (a czasem nawet i przed sobą) silną perfekcjonistkę, stojącą w miejscu (a nierzadko i cofającą się) w każdym aspekcie życia. Mój uśmiech nie jest już prawdziwy, a łzy nie mają prawa istnienia. I zauważyłam jeszcze jedną rzecz - kiedyś nie miałam blizn, zarówno na twarzy jak i całym ciele, miałam śliczne, bielsze niż obecnie, zęby i ładne, długie włosy, a dziś? Na całym ciele mam blizny, twarz jest lekko opuchnięta, zmęczona, z widocznymi bliznami i "długogojącymi" się ranami (to nie jest tak, że jak mam strupa, to pozwalam mu sie zagoić, tylko męczę i męczę do krwi, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy, zanim pozwolę mu się zagoić - stąd liczne blizny), zęby są zniszczone, nie tak białe jak kiedyś (czego powodem zapewne nie są tylko wymioty, a spożywanie kawy w nadmiernych ilościach, czego dawniej nie robiłam), a włosy są suche, matowe i wypadają garściami... Nie dbam o siebie kompletnie, skupiając się na mało ważnych rzeczach, za mało śpię, jem byle co, nadużywam kawy. I co z tego, że z zewnatrz jestem zadbana jak w środku mam ogromne braki? Od dawna nie stosuję już nawet odżywek do włosów, co kiedyś było dla mnie zabiegiem oczywistym, tylko raz na jakiś czas nałożę balsam na ciało (podświadomie nie znoszę na nie patrzeć i go dotykać, stąd pewnie ten etap pielęgnacji zwykle omijam), już nawet kremu do rąk nie używam regularnie (stąd wysuszona, a zimną dodatkowo strasznie popękana skóra dłoni) i pewnie mogłabym tak wymieniać bez końca...
A tymczasem kładę się w końcu spać, bo tylko powielam to, co krytykuję powyżej.

Jutro napiszę co u mnie, jak treningi, ile ważę i jak daję (lub też nie) sobie radę z codziennością :))

niedziela, 13 października 2013

Nałatwiej przecież wsadzić palce w gardło

Do takiego wniosku doszłam dziś podczas biegania. Zapewne to nic odkrywczego, ale taka prawda. Dopiero kiedy człowiek ruszy dupę i zrobi coś co wymaga wysiłku, a zapewne nie przynosi jakichś spektakularnych rezulatów samo w sobie (bo co zmieni jeden krótki trening?), zaczyna żyć. Ociągałam się dziś z treningiem. Jadłam, jadłam, jadłam. Później byłam wypełniona po brzegi, więc biegać nie mogłam (każda wymówka dobra), ale w końcu stwierdziłam "idę! najwyżej zamiast biegać, przejdę się". No i poszłam. Biegałam ok. 40 min. wolnym tempem, bez przerw i marszu tak jak wczoraj. A co ważne nie odczułam żadnych negatywnych skutków wysiłku fizycznego z pełnym żołądkiem, ani zadyszki. Naturalnie dziś już nic jeść nie zamierzam, nawet do kuchni nie wchodzę. Mój wielki brzuch woła o pomstę do nieba, ale wszystko po kolei. Brzuch i tak zmaleje jak reguarnie zacznę stosować dietę, a nogi to część ciała najbardziej oporna, w związku z czym trzeba nad nią w pierwszej kolejości pracować. No i nie bez znaczenia jest też kwestia biegu. Tak naprawdę, gdyby nie ten bieg, pewnie dziś odpuściłabym trening. A tak wiem już, że dieta i aktywność fizyczna to jedno, a trenowanie przed biegiem to drugie. Owszem łączą się te dwie rzeczy niewątpliwie, ale ja muszę wiedzieć, że to co robię ma sens, niezależnie od reszty (taka już moja zeschizowana natura), więc skoro treningi do biegu to jedno samo w sobie (a odchudzanie to drugie), to mogę być w tym dobra w 100% i żadna porażka na tle odchudzania tego nie zmieni. Naturalnie jeśli odpuszczę trening to zawalam na całej linii i nie ma co się tłumaczyć przed samą sobą (jak w przypadku odchudzania - owszem zjadłam ciasteczko, ale ćwiczyłam 2 razy dłużej).
A wracając jeszcze do tematu tego posta - nie powiem, że nie zrobię tego już nigdy więcej, bo takiej pewności nie mam, jednak chcę widzieć u siebie zmęczenie, pot, ból, łzy związane z czymś słusznym i zdrowym, aniżeli z czymś tak paskudnym i niszczącym jak wymioty, które zresztą nie dają takiej satysfakcji i zadowolenia jak przetrwany na diecie dzień, czy wysiłek fizyczny. Nie chcę już iść krótszą drogą, bo wiem doskonale, że to droga, w najlepszym wypadku, donikąd - w najgorszym do śmierci. Wolę iść dłużej, byle do celu!

Koniec

Koniec z uzależnieniem od jedzenia, koniec z bulimią, koniec z wegetacją i przepuszczaniem życia między palcami! Nie wiem jak wytłumaczyć tą nagłą zmianę, nie wiem też czy to tylko chwilowy przypływ optymizmu, czy długotrwała zmiana, ale wiem, czego chcę. Wczorajszy dzień trochę zmarnowałam - z jednej strony. Z drugiej to właśnie wczoraj podjęłam taką decyzję. Obżerałam się strasznie (wieczorem mój brzuch prawie eksplodował), ale nie wymiotowałam, pomimo wagi sporo przekraczającej wyznaczoną przeze mnie "nieprzekraczalną" granicę. Nie zważyłam się też dziś rano i pomimo, że dzisiejszy dzień znowu nie był udany (czyt. taki jakbym chciała), to również nie wymiotowałam (a napadzik był i to wieczorem) i nie zamierzam porzucać mojej idei. Zważyłam się przed chwilą - 72 kg. Ok dużo, ale teraz mam wybór: nic nie zmieniać i doprowadzić się do stanu skrajnej otyłości (tudzież nie przytyć, ale za to wyniszczyć się, pogłębiając bulimię), albo starać się zmienić obecne życie. Nie jest to proste, przyznaję. Jednak chcę podjąć to wyzwanie. Jak wrócę na siłownię, czyli na początku listopada, wprowadzę w życie zdrową, normalną dietę, której wizję już nawet mam gdzieś tam w głowie (szczególnie w kwestii potraw, bo jak zapewne pisałam uwielbiam gotować). A póki co najpewniej będzie czas kombinowania na różne sposoby, z wyłączeniem wymiotów i przeczyszczania, by choć trochę schudnąć (albo chociaż nie przytyć). Głodówka? Niewykluczone, ale zapewne skończy się na restrykcyjnym ograniczeniu jedzenia, bo jedząc normalnie, a nie ćwicząc intensywnie, zawsze w którymś momencie zatracę się w jedzeniu. A czując głód będę miała świadomość walki i silną motywację. Ale na chwilę obecną mam jeszcze inny cel - zapisałam się na 6 biegów po 5 km (pierwszy bieg już na początku listopada), czyli że trenować czas zacząć. Dziś pierwszy trening za mną. Kondycja mi trochę siadła, więc zaczynam od zera, ale nie jest źle - godzinka na świeżym powietrzu, bieg z marszem na przemian co 10 minut. Zamierzam trenować codziennie, choćby 10-15 minut samego biegu, dla samej siebie, dla kondycji, satysfakcji, dla ciała... Bo przecież 5 km, jakbym się uparła, to bym przebiegła, ot tak, "z marszu".
Postaram się w miarę regularnie informować wszystkich zainteresowanych wynikami moich działań, zarówno w kwestii diety "przetrwaniowej" przed dietą z prawdziwego zdarzenia (a w tym SPADKAMI wagi - chyba nie jest dziwnym to, że przyrostów nie biorę nawet pod uwagę?), jak i w kwestii przygotowań do biegów.
I zaczynając OD DZISIAJ (!), a nawet wczoraj, nic już teraz nie zjem, a przyznaję od "ułożenia" się w żołądku poprzedniego napadowego jedzenia, mam na coś ochotę, a od godziny to już szczególnie. Nie, nie jestem głodna - wręcz przeciwnie, ale po prostu mam chęć coś zjeść, dla samego jedzenia, a już najbardziej kiedy sobie pomyślę, że jutro miałabym nic nie jeść (no bo przecież przed głodówką, nawet jeśli następnego dnia jej nie ma, TRZEBA się nażreć na zapas). To siedzi w głowie i muszę to pokonać, zwłaszcza, że nie znoszę chodzić spać z pełnym, a już na pewno przepełnionym żołądkiem.
... Tak więc - jest ktoś kto trzyma za mnie kciuki? :)

wtorek, 8 października 2013

Żal mi siebie

Dawno mnie nie było. Ciężko było mi się zabrać za pisanie kolejnego posta, zważywszy na to, że u mnie kiepsko. Kiepsko - delikatnie mówiąc. Wszystko się posypało. Jedno wielkie dno, nawet bez minimalnych wahań w górę. Ostatnim razem, zdaje się, zła passa została na dobre rozpoczęta. Chcąc, nie chcąc znów zatraciłam się w jedzeniu. W moim przypadku nic nie dzieje się "wyjątkowo", szczególnie jeśli ma to ścisły związek z moim nałogiem. Usilnie chciałam jednak wierzyć, że jest inaczej, stąd poprzedni post. Niestety. Od tamtego czasu dzień w dzień bez wyjątku, niczym codzienny rytuał, opychałam się jedzeniem ponad ludzką wytrzymałość, często wbrew sobie, bez ochoty, niejako z "obowiązku", rozpychając przy tym żołądek i w ramach kompensacji, wymiotowałam. Przeważnie 2 lub więcej razy w ciągu dnia. Nie miało już dla mnie większego znaczenia czym będę wymiotować. Wcześniej nie jadałam normalnie PRZED. Zapychałam się byle czym, szczególnie produktami z niższej półki cenowej i daniami nie wymagającymi dużego nakładu czasu w celu przygotowania. Teraz w "zwrotnym menu" znalazły się również takie produkty jak łosoś, zarówno pieczony filet w zdrowym zestawie obiadowym jak i ten w postaci moich ulubionych wędzonych zrazików, własnoręcznie lepione pierogi, wino, surówki, owoce, twarogi, słodycze (nawet te droższe czekolady, które kupiłam z myślą "normalnego" skonsumowania, batoniki złożowe i wysokowartościowy batonik zastępujący posiłek za niemalże 10 zł), chipsy jabłkowe, które do tanich również nie należą oraz różnego rodzaju drogie herbaty. Zdaję sobie sprawę z tego, iż irracjonalnym jest wymiotowanie potraw, czy produktów, na które wydałam ostatnie pieniądze (standardowo największą część, ciężko zarobionych, pieniędzy przejadłam, a ściślej rzecz ujmując spuściłam do kanalizacji), czy, na przyrządzenie których poświęciłam sporo czasu, ale nie byłam w stanie nad tym zapanować. Podobnie jak w kwestii powtarzających się napadów. Zresztą nadal nie jestem w stanie. Jest coraz gorzej... Nie mam już siły. Ciągle to samo zamknięte koło, z którego nie ma ucieczki. Oczywiście nie widziałam sensu pisać co dokładnie jadłam (choć skrzętnie wszystko notowałam), bo nie w tym rzecz. Wszystko co było "ponad program" i tak długo w moim żołądku nie zabawiło. A dla wzmocnienia efektu prawie codziennie łykałam podwójną dawkę tabletek przeczyszczających i nie powstrzymywała mnie nawet świadomość potwornego bólu brzucha następnego dnia rano. Nawiasem mówiąc dziś też je wezmę, a żeby móc przetrwać to w domu, nie pojadę jutro na ranne zajęcia na uczelni.
Moja waga? Napiszę jak doczekam się tendencji spadkowej. Póki co osiągnęłam punkt krytyczny.
Co jeszcze? Ból, i tak słabych, zębów, podrażnione gardło, język i podniebienie, wieczne bóle brzucha, mdłości, kaszel, chroniczne zmęczenie, zryta psychika, depresja, obsesyjne myśli związane z jedzeniem, często problemy z oddychaniem, zaburzenia cyklu miesiączkowego (i tak mogę się cieszyć, że przeważnie pojawia się miesiączka lub coś co ma ją przypominać), uzależnienie od kawy, a co za tym idzie znaczny niedobór snu. Dzisiejszej nocy nie przespałam nawet 5 minut - swoją drogą, że nie mogłam zasnąć, ale do tego bzykał mi nad głową wyjątkowo upierdliwy komar (jednego zabiłam przed snem za zaatakowanie mojego kolana, więc myślałam, że będzie spokój) i kąsał, gdzie tylko była możliwość - obydwa policzki i kostka. Ok. 3 w nocy zabrałam "zabawki" i poszłam spać na kanapę, ale niestety i tam zasnąć nie mogłam, szczególnie, że zrobiłam się strasznie głodna (ostatni "posiłek" zwymiotowałam wieczorem w całości). Zjadłam wiec banana, licząc, że to pozwoli mi przespać chociaż, pozostałe do pobudki, 3 godzinki, ale niestety. Tylko rozpoczęłam dzień z wpadką na "dzień dobry". Niby nic takiego, a jednak plan był inny.

Podjęłam też decyzję, która oczywiście z czasem może się zmienić. I oby się zmieniła. O ile mój stan psychofizyczny się nie poprawi, a choroba nadal będzie postępować, to po zakończeniu studiów (czyli za jakieś 1,5 roku) zgłoszę się do szpitala psychiatrycznego. Może faktycznie przeceniam trochę swoje możliwości i jednak sama sobie pomóc nie potrafię, a wręcz przeciwnie - nieświadomie spycham się w czarną otchłań, zabijając powoli?


Zdjęcie, zapożyczone z facebookowego fan page jednego z blogów, które obserwuję, będące moją obecną motywacją. Czemu miałabym nie wierzyć w to, że kiedyś będę tak wyglądać? Lepsze to niż wieczne podcinanie skrzydeł, chociażby marzenie miało się nigdy nie ziścić.

A nawiązując do tematu posta... Żal mi siebie. Żal, bo okropnie katuję swoje ciało i niszczę swój, jakby nie było pierwotnie zdrowy, odporny i silny, organizm. Wiem, że niejeden dałby wiele, by taki mieć. I pewnie by go szanował. Nie tak jak ja... Ale ja nie potrafię inaczej a pomóc mi nikt nie chce (albo nie potrafi?). Nawet psycholog poniekąd rozłożył ręce - prawda jest taka, że nie nakłaniał mnie jakoś specjalnie do kontynuowania terapii, a wręcz przeciwnie. Moja rezygnacja z psychoterapii to jest w głównej mierze tego Pana zasługa. Odniosłam wrażenie, że taka decyzja będzie mu bardzo na rękę, "bo przecież na moje miejsce jest sporo chętnych, którzy nie pogardzą jego pomocą".
...

No to się doigrałam... 70 kg już po... po próbie. Nie dałam rady wymusić wymiotów. Jestem za słaba. Czuję się teraz fatalnie. Ale jeszcze przeczyszczacze - teraz w nich pokładam całą nadzieję...

A na koniec zasadnicze pytanie, do którego będę wracać w razie jakichkolwiek wątpliwości w (przyznajmy sobie szczerze) dłuuugiej drodze do celu: FIGURA czy JEDZENIE?

niedziela, 29 września 2013

Wyjątkowo

Dziś krótko. Miałam zły dzień pod względem samopoczucia fizycznego tym razem. Nie wiem co było powodem, ale bardzo bolał mnie brzuch i męczyły mdłości, wymiotowałam. Najgorsze, że wszystko działo się w pracy (stałam na promocji) i nie byłam w stanie dokładnie wypełnić swoich obowiązków. Ale nieważne, później poczułam się lepiej. Kiedy wróciłam do domu nie byłam w stanie się opanować przed zjedzeniem czegoś, co wiedziałam, że pociągnie za sobą coś więcej. Zrobiłam to, szczególnie, że już od rana na taki stan rzeczy byłam nastawiona z racji porannego wskazania wagi. Zważyłam się (jakoś tak czułam, że przytyłam po wczorajszym, co prawda zaplanowanym ostatnim posiłku, ale o godzinie 20), a tam znów 67,3 kg, po śniadaniu zobaczyłam już nieco ponad 68 kg... Z logicznego punktu widzenia to nic nienormalnego, ale z psychicznego - katorga straszna. I tak po powrocie do domu zjadłam 4 kostki czekolady. Tak potrzebowałam słodyczy, ale co zabawne po 1 kawałku nie miałam już jakieś specjalnej chęci - zjadłam bardziej dla zasady. Później było kilka żelek, 3 herbatniki z czekoladą, bułka z masłem i salami oraz z masłem, żółtym serem i sosem, zaplanowana porcja gotowanego brokuła, paczka grubych paluszków z sezamem, 3 skibki chleba (z dżemem, masłem, salami i sosem oraz masłem, żółtym serem i sosem - coś tak się na ten sos tysiąca wysp dałam), wafelek WW, 2 czekoladowe cukierki, małe opakowanie (10 g) żelek... Chyba nic więcej sobie nie przypominam. Ale to i tak dużo, biorąc pod uwagę moje ostatnie skromne posiłki. Z drugiej strony jednak zwykle podczas takich napadów napychałam się do granic wytrzymałości. Teraz się przystopowałam w odpowiednim momencie. Ale co z tego, skoro w obawie przed nie tylko wzrostem wagi, ale i widoczną różnicą na brzuchu, i tak poszłam wymiotować? Po wymiotowaniu (z pewnością nie wszystkiego - nie chciałam przeginać) oczywiście ponownie się zważyłam - 68,8 kg. Nie jest to rewelacyjny wynik, ale lepsze to niż 70 kg. Tak, wiem - marne pocieszenie. Wzięłam lek przeczyszczający i oby więcej taki dzień jak dzisiaj (a nie daj Boże gorszy) się nie powtórzył.

sobota, 28 września 2013

Walczę

Pomimo niewyspania, zmęczenia i kilku pilniejszych do zrobienia spraw niż ten post, postanowiłam napisać. Trochę się ostatnio działo. W CZWARTEK rano, tak jak zapowiedziałam, zważyłam się. Pełna entuzjazmu i chęci do dalszej walki, niezależnie od wskazania wagi, ujrzałam 67,3 kg. Weszłam kilka razy, bo nie dowierzałam, że waga ani drgnęła. Podłamałam się, ale zaraz zaczęłam się uspokajać. Obiecałam przecież, że się nie poddam. Chwilę później wypiłam kawę (oj poprawiła mi humor), po południu zjadłam twarożek i paprykę, zgodnie z planem. Później butelka wina i 2 piwa, impreza. Nieudana. Nie wpuścili mojej siostry do klubu. 11 miesięcy za młoda. W związku z tym i ja musiałam odpuścić. A zapowiadało się tak fajnie... Ok. 2 byłyśmy już w domu - tylko dzięki tacie, który po nas przyjechał. Zanim jednak dotarł na miasto, weszłyśmy do sklepu. Nie byłam głodna. Byłam zawiedziona. To wystarczyło. Zgrzeszyłam. Zamiast planowanej wody (w celu jej zakupu weszłam do sklepu) kupiłam jakiś sok przecierowy z marchewki i owoców. Chwilę później uświadomiłam sobie, że mam ochotę na jakieś pieczywo. Kupiłam drożdżówkę z serem i małą paczkę Sunbites. Będąc w aucie "otrzeźwiałam". "Przecież nie masz ochoty na to jedzenie i nie jesteś głodna, co więcej nie możesz zawalić tylko dlatego, że coś nie poszło po Twojej myśli. To jest właśnie ten moment, kiedy nie możesz ulec". No ale waga rano nie była zadowalająca... chociaż tak naprawdę pogodziłam się z nią, bo jakby nie było od dawna nie schodziła wiele poniżej 70 kg. Mimo to zjadłam drożdżówkę. Ledwo, bo naprawdę nie byłam głodna. Czułam, że w końcu zachowuję się jak zdrowy człowiek, bez żadnej schizy na punkcie jedzenia. Ale nie... Po powrocie do domu musiałam się pocieszyć. Zjadłam Sunbites, a dalej jadłam już tylko dla zasady. Nie ciągnęło mnie jakoś specjalnie, ale przecież skoro i tak już zgrzeszyłam, to nie można tak tego zostawić. Wcisnęłam w siebie 2 małe paczuszki (po 10 g) żelek, wafelka, a na koniec 3 skibki chleba z masłem, serem żółtym i sosem. Zaraz potem poszłam spać. Nie ukrywam, że krążyły mi po głowie chore myśli... zwymiotuj. Ale co by mi to dało? Dołożyłabym tylko cegiełkę do wyniszczenia swojego organizmu, a na wadze (a idąc dalej w ciele) zapewne niczego by to nie zmieniło. Średnio przespałam noc, obudziłam się spragniona i z kacem moralnym. Zła na samą siebie i bliska powrotu do starego życia. Ale wciąż pamiętam ostatnią wizytę u psychologa... Z przekonywującą pewnością oświadczyłam mu, że dam radę, że potrafię się kontrolować, że mam silną motywację, że żadne leki, psychoterapia, czy szpital nie są mi potrzebne. Bo nie są. Teraz uwolniłam się od tego, zauważyłam, że nawet o tym nie myślę w kontaktach z innymi, jestem normalna, a moje problemy nie są niczym szczególnym. PIĄTEK przebiegł planowo. Może dlatego, że rano na wadze ujrzałam 66,9 kg... pomimo poimprezowej potyczki (bo napadem bym tego nie nazywała). Półżywa zwlekłam się z łóżka już przed 8. Miałam wizytę u dermatologa. Później wszystko w biegu. Praca, a w drodze kolejne, podnoszące ciśnienie, wydarzenia - niedziałający biletomat, jakaś awaria w wyniku której tramwaje przestały jeździć, zdenerwowanie w obawie przed spóźnieniem oraz brakiem odpowiedniej wiedzy o promowanych produktach. Na szczęście poradziłam sobie. W drodze powrotnej znów przygody - cisnące buty, deszcz, po raz kolejny niedziałający biletomat - tym razem w tramwaju (całe szczęście, że miałam zapasowe bilety - dostałam je od Szczecinianina jak wyjeżdżał, co prawda normalne, więc szczególnie żal było mi je kasować na 3 przystanki, ale nie miałam wyjścia) i telefon taty z propozycją podjechania po mnie... kiedy już kupiłam bilet w busie.  Po powrocie do domu jeszcze wiele sytuacji wyprowadziło mnie z równowagi, wiele smacznego jedzenia zachęcało, ale się nie złamałam. W przeciągu całego dnia zjadłam 3 jabłka, 4 marchewki i pomarańczę oraz wypiłam 3 szklanki soku świeżo wyciśniętego: z jabłek, z pomarańczy oraz z marchewki. Aż mi się wierzyć nie chce, jakobym zjadła tak mało. O dziwo nie byłam nawet specjalnie głodna fizycznie. DZISIAJ zjadłam trochę więcej, ale w granicach normy. W dodatku z wielkim strachem rozszerzyłam mój, dotąd sztywny, jadłospis: rano dodałam 2 ogórki kwaszone i kawałeczek wędzonego łososia, a w pracy banana. Ostatni posiłek o godz. 20. Udało się, bo ani dodatkowe elementy mojego jadłospisu ani późniejsza niż zwykle, pora ostatniego posiłku, nie sprawiły, że uległam czemukolwiek. A chciałam. Choćby niewinnej surówce. Bo przecież fajnie się je dla samego jedzenia. Usilnie cieszyłam się z tego, że w ogóle ten ostatni posiłek byłam łaskawa pozwolić sobie zjeść, nie musząc głodować. Chyba tylko to przekonało mnie do nie kontynuowania jedzenia. Chociaż nie ukrywam, iż zwykle źle się to kończyło. Dałam radę, bo ten akurat posiłek by zaplanowany. Przypuszczam co by było, gdybym zjadła coś nieplanowanego w normalnej dawce... Ale nie ma co. Na śniadanie zjadłam dziś 2 jajka gotowane z odrobinką majonezu, masełka, ketchupu, solą i pieprzem, 3 pomidory, 2 ogórki kwaszone i kawałek łososia wędzonego. W pracy jogurt i banana, a po powrocie do domu małą pałkę z kurczaka (pieczoną w piekarniku z dodatkiem oleju) i 30 dag gotowanej kapusty kwaszonej. No i co ważne - nie ważyłam się ostatnio. Może też dlatego, że w przeciągu ostatnich dni na nic nie mam czasu. A na pewno dlatego, że już wiem, że schudłam - widzę różnicę, spodnie, które jeszcze niedawno temu były opięte, znów spadają, brzuch nie jest już tak ekstremalnie wystający, no i zmniejszyły się wszelkiego rodzaju nieestetyczne fałdku tłuszczu. A obecnie nie dość, że zaczynam zamarzać (takie uroki mieszkania w domu), to jeszcze powolutku zaczynam robić się głodna, w związku z czym zaraz po napisaniu tego posta idę pod prysznic i spać! Najwyżej wstanę jutro wcześniej, żeby zrobić to czego nie zrobiłam dzisiaj. Najważniejsze, że zmierzam w dobrym kierunku :)

środa, 25 września 2013

Wolna

Definitywnie zakończyłam współpracę z psychologiem (czyt. psychoterapię). Tak naprawdę nie byłam przekonana do tej decyzji, ale pomógł mi ją podjąć sam psycholog. Najwidoczniej zabolało go, że zastanawiam się nad sensem jego żmudnej, acz nie do końca efektywnej pracy. Teraz muszę dać radę. Sama. I w sumie lepiej. Zawsze jak szłam na wizytę, czy to do psychologa, czy do psychiatry, czułam, że coś ze mną nie tak, niezależnie od tego, czy rzeczywiście tak było. Nasilała się moja świadomość problemu, którego w gruncie rzeczy nikt poza mną nie zlikwiduje. No dobra - zlikwidować to może za duże słowo w kwestii uzależnienia (jakiegokolwiek, a w szczególności tak złożonego jak jedzenie), więc nikt za mnie go nie przezwycięży.

Jutro się zważę. Boję się strasznie, bo nie od dziś wiadomo jak z ta wagą jest, ale nie nastawiam się na fajerwerki. Jak będzie więcej - owszem, będzie mi smutno (ale w końcu po coś wybieram się jutro na imprezę), ale nie poddam się, a kolejny dzień zacznę ze zdwojoną siłą. Jak będzie tyle co ostatnio ok, przyjmę do wiadomości, ale specjalnie zadowolona nie będę. Jak będzie w granicach 66-67 kg to sprawdzą się moje prognozy, więc bez większego zaskoczenia, ale jak będzie mniej to będę niezwykle szczęśliwa.

MOJA DIETA W PRZECIĄGU OSTATNICH 2 DNI.
Wczoraj:
  • kajzerka z pasztetem wędzonym i rybą w sosie pomidorowym
  • papryka
  • 3 marchewki
  • 1 cukierek czekoladowy (zjedzony z niewyobrażalną rozkoszą)
  • banan
  • jabłko
  • 12 śliwek
  • pół kabanosa
Dziś:
  • 1 kg kapusty kwaszonej kwaszonej (niestety kiszonej tak łatwo się nie dostanie)
  • 20 dag daktyli
Kusiło (i nadal kusi!) mnie dziś sporo rzeczy, różnie z nastrojem, szczególnie jak to bywa po wizycie u psychologa (na szczęście koniec z tym uff), co więcej już nawet nieświadomie prawie wbiłam sobie gwóźdź do trumny (chciałam SPRÓBOWAĆ kapusty kwaszonej, która mi została i ją ugotowałam - taki odruch). Oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć jakie mogłoby (ale nie musiałoby, z racji tego, że i tak głównie kapustę dziś jadłam) mieć to skutki. Ale jakoś dałam radę się powstrzymać, pomimo natrętnych myśli "przecież nie dasz rady tak całe życie się kontrolować - zrób sobie dzień obżarstwa, ewentualnie później zwymiotuj... i tak prędzej, czy później to zrobisz". Ehh oby nie.

Jutro przede mną ciężki dzień - od dawna odkładana wizyta u internisty (miałam pokazać się na "kontrolę" ze zdjęciem zatok i jeszcze nie dotarłam) i sprawy organizacyjne pracy weekendowej. Po raz kolejny będę miała okazję sprawdzić się jako hostessa. Do tego impreza. Powrót albo w nocy, albo w piątek nad ranem. W piątek ciąg dalszy, bo już z rana wizyta u dermatologa (kontrola zmian trądzikowych na twarzy, a ściślej rzecz ujmując już głównie blizn po nich), po południu praca. W sobotę od rana praca, później, planowane od dawna, (szybkie) zakupy - po pracy pewnie nie będzie mi się chciało, a i czasu zostanie niewiele. W niedzielę znów praca i zakupy, a od poniedziałku studia. Także nie wiem kiedy napiszę... ale czy ktoś w ogóle to czyta?

poniedziałek, 23 września 2013

Ile mnie to kosztuje?

Nikt nigdy nie zapyta, ile wyrzeczeń, głodu, silnej woli, złego samopoczucia (w tym najgorszych z możliwych mdłości), ile bólu, łez i bicia się z myślami kosztowało mnie dojście do celu. Najważniejszy jest efekt. A właśnie dziś mam taki dzień, kiedy chciałabym się poddać. Na wyciągnięcie ręki mam czekoladowe cukierki, czekoladę, żelki, cokolwiek. Ale wiem, doskonale wiem, że w mojej sytuacji owo "cokolwiek" zniszczyłoby wszystkie moje marzenia. Jest mi zimno i jakoś tak źle. Czuję, że powinnam coś zrobić, zamiast siedzieć bezczynnie, ale jedyne na co w tej chwili mam ochotę to jeść. Nie zjem nic. Dopiję herbatkę, zrobię pranie, zrobię sobie gorącą kąpiel i pójdę spać. Wiem, że jutro obudzę się zadowolona z siebie, zadowolona, że nie poległam. Każdy kolejny dzień taki jest. Od czwartku jakoś się trzymam. Ani razu nie wymiotowałam, mocno kontroluję co i kiedy jem, nie ważę się też jak opętana. Szczerze powiedziawszy chciałabym to zrobić choćby w tej chwili... Po co? Może po to, żeby zacząć jeść, a później usprawiedliwiać się, że waga była niesatysfakcjonująca (niezależnie od tego jaka by nie była i tak będzie niesatysfakcjonująca), dlatego pozwoliłam sobie ulec nałogowi? Nie! Dlatego się nie zważę. Ostatnim razem, kiedy się ważyłam (z tego co pamiętam w sobotę rano) ważyłam 67,3 kg. Ucieszyłam się bardzo i wolę żyć myślą, że waga nadal taka jest niż to sprawdzać. Oczywiście spodziewam się niższej wagi, ale wiadomo waga sama w sobie nie jest wiarygodnym odniesieniem, szczególnie w przypadku niewielkich różnic i częstego ważenia, potrafi płatać figle. Poza tym znam siebie. Nawet jeśli jakimś cudem ujrzałabym na niej 66 kg, czy nawet 65 kg (z logicznego punktu widzenia w przeciągu 3 dni nie można tyle schudnąć, nawet ograniczając jedzenie) to co by mi to dało, skoro nadal wyglądam tak samo? Mój cel jest inny. Najprawdopodobniej zważę się w środę lub czwartek rano (tak kontrolnie, czy mój system odchudzania się sprawdza) i obiecuję, że cokolwiek na niej ujrzę, nie poddam się. Od połowy października wracam na siłownię i póki co pilnuję się z jedzeniem - absolutnie żadnych odstępstw! W kwestii obecnej aktywności fizycznej nie jest za ciekawie. W sobotę biegałam, 20 min. Wróciłam zmęczona jakby czołg mnie przejechał, a do tego do dziś odczuwam masakryczny ból nóg i pośladków, ale to niestety wynik zaniechania regularnych treningów. Od tamtego czasu nie ćwiczyłam. Wczoraj próbowałam się za coś zabrać, ale jedyne na co było mnie stać to posprzątanie pokoju, w dodatku nie jakoś szczegółowo. Dzisiaj miałam zamiar biegać, nawet ubrałam już spodnie dresowe, ale oczywiście po powrocie z pracy znalazło się mnóstwo innych, "ważnych" spraw, a jak już usiadłam przed komputerem, zrobiło mi się zimno (niestety jestem strasznym zmarzluchem) i chęć ponownego wyjścia z domu gdziekolwiek mi przeszła. Nie jestem z siebie w pełni zadowolona, ale cieszę się, że chociaż z panowaniem nad jedzeniem  jakoś daję sobie radę. Gorzej z kaleczeniem ciała. To jakby zastępstwo dla jedzenia. Codziennie kaleczę ramiona i plecy (w mniejszym stopniu twarz), a później bolą mnie podczas mycia i jakiegokolwiek dotyku, szczególnie w kontakcie z bielizną. Dzisiaj ich nie tknęłam (za to twarz została poszkodowana ;/), żeby się trochę zagoiły, bo przecież nie będę mogła pójść nawet na basen z takimi ranami, a w najbliższym czasie taki wypad planuję. Może w nagrodę za trud walki jaki podjęłam? Myślę jeszcze o ostatniej przed studiami, imprezie, ale zobaczymy jak to będzie. Na chwilę obecną boję się tylko środowej wizyty u psychologa... Bóg jeden wie, co mi nagada i jak wpłynie to na moją psychikę. Oby moja silna wola i motywacja okazały się silniejsze od wszystkiego. Po tej wizycie ostatecznie podejmę decyzję, czy jest sens kontynuować terapię.

A jak wyglądało moje dzisiejsze menu?

  • 2 skibki chleba razowego z masłem i serem żółtym
  • 2 pomidory
  • duży kubek kakao z cukrem
  • jabłko
  • banan
  • 20 g żelek (2 mini opakowania)
  • jogurt biszkoptowy 200 g
Wczoraj:
  • owsianka na mleku z otrębami, dżemem i truskawkami
  • 2 jabłka
  • banan
  • surówka porowa 300 g
W sobotę:
  • jajecznica z 3 jaj z podsmażonymi pieczarkami i odrobiną również wedzonego boczku
  • kajzerka z masłem
  • 3 pomidory
  • latte karmelowe
  • banan
I nie jadam po 18.

piątek, 20 września 2013

Dlaczego?

Dlaczego wszyscy wokół (ok, generalizuję, ale zdecydowana większość) jedzą (i to często dużo, niezdrowo i wieczorami) i nie tyją, podczas gdy ja praktycznie nie jem, a tyję? Może dlatego, że dziś drugi dzień się nie głodzę, a zarazem nie wymiotuję. Boję się... Doskonale wiem jak wielką krzywdę sobie wyrządziłam. Spowolniłam metabolizm, przyzwyczaiłam organizm do skrajnych i wysoce niezdrowych zachowań, a do tego zaniechałam kompletnie aktywność fizyczną. Wczoraj w przymierzalni w sklepie przeraziłam się i z bezsilności zaczęłam płakać. Zobaczyłam okropnie skatowane ciało, którego dotąd nie dostrzegałam, bo:
a) rzadko oglądałam się dokładnie nago lub w bieliźnie w całości
b) zazwyczaj miałam do czynienia z lustrem ukazującym moje ciało do połowy i to tylko wtedy, kiedy szłam się myć.
Co mnie tak bardzo przeraziło? Nie tylko liczne blizny i strupy praktycznie na całym ciele, ale też zaniedbane ciało i ewidentnie widoczny brak ćwiczeń - fałdy tłuszczu na plecach (w okolicach stanika), których nigdy wcześniej nie było. Nawet ważąc podobnie, ale ćwicząc regularnie i nie eksperymentując tak z dietami, zawsze miałam śliczne plecy, nic mi się nigdzie nie wylewało. Do tego brzuch... Kiedyś jak go wciągnęłam był płaski, a teraz jak go wciągnęłam skóra się zmarszczyła i wyglądała naprawdę nieestetycznie. Jeśli tak miałby wyglądać mój brzuch po schudnięciu, załóżmy 10 kg, to ja już wolę ten jaki jest teraz. Nie chcę wiszącej skóry. Nigdy po schudnięciu takiej nie miałam i nie przypuszczałam, że katując się rygorystycznymi dietami, na przemian z obżarstwem i wymiotowaniem oraz przy szybkim, "łatwym" (przyznajmy sobie szczerze - głodzenie się do łatwych nie należy, ale na pewno jest to pójście na łatwiznę przy odpowiedniej diecie i aktywności fizycznej) chudnięciu, do takiego stanu się doprowadzę. Oczywiście nic wczoraj nie kupiłam. Nie miałam ochoty dłużej na siebie patrzeć i wciskać się w za ciasne spodnie, czy ukazujące mój paskudny brzuch, koszulki. Jednak miałam dwie opcje - pobiec do sklepu, nakupować słodyczy i czego jeszcze dusza zapragnie, pocieszyć się tym na chwilę, po czym zwymiotować (lub zmierzyć się z ogromnymi wyrzutami sumienia) i oczywiście dokończyć "ciąg" w domu albo... No właśnie. Wybrałam to drugie. Nie było mi łatwo, wiedząc, że czeka mnie długa droga do najpierw naprawienia ostatnio popełnionych błędów, a później doprowadzenia się do stanu akceptowalności. Postanowiłam wrócić do regularnej aktywności fizycznej, na razie we własnym zakresie (i tu pozostaje mi liczyć na moją silną wolę i motywację, której jeszcze rok temu mi nie brakowało), a w połowie października na siłowni. Po drugie - dieta. Muszę jeść, bo szybkie chudnięcie zniszczy moje ciało (nie mówiąc już o wyniszczeniu organizmu) - o ile w ubraniu wyglądałoby może całkiem przyzwoicie, o tyle nago nie będę w stanie nawet sama go oglądać. A nie na tym mi przecież zależy. Chcę podobać się sobie i wzbudzać podziw innych. Obwisłe ciało jest okropne, odrażające, nieapetyczne. Przypuszczam, że o ile teraz nie mam (i nie miałam jeszcze przed odchudzaniem) większych obaw przed pokazaniem się mężczyźnie nago, tak po gwałtownym schudnięciu nie zrobiłabym tego, przynajmniej do momentu całkowitego zaufania. Nie czułabym się kobieco, a jak kobieta z wagą w normie, ale w ciele grubasa. I co zrobiłam? Głodna i wykończona psychicznie poszłam do sklepu. Niemalże ze łzami w oczach ominęłam regały ze słodyczami, deserami, przekąskami, pieczywem, czy innymi wysokokalorycznymi i przetworzonymi produktami. Miotały (i nadal miotają) mną różne emocje. W ciągu 1 minuty potrafię na zmianę się motywować (na tyle silnie, by widzieć sens swoich działań i nie poddawać się przy braku widocznych efektów) i dołować (niestety również silnie, na tyle, by planować zaniechanie swoich postanowień, rzucenie wszystkiego w diabły i złudne pocieszenie jedzeniem). Na szczęście na chwilę obecną wygrywa ta lepsza strona, ale ciężko mi określić jak to będzie dalej. Bo z jednej strony myślę sobie "ok, nie od razu Kraków zbudowano, efektów po kilku dniach nie zobaczysz, ale z czasem Twój wysiłek się opłaci, schudniesz, będziesz mieć fajne ciało, wyjedziesz na kilka do Szczecina (moja największa motywacja - tam właśnie mieszka mężczyzna, którego ostatnio poznałam na imprezie) i pokażesz mu, że można nie tylko schudnąć i fajnie wyglądać, ale i zrobić to bez niczyjej pomocy i to podczas walki z zaburzeniami odżywiania, ale zaraz włącza się kontra. Nie tylko coś w stylu "jestem głodna, więc pozwolę sobie na coś tam i tylko to" (nawiasem mówiąc wiem doskonale, że u mnie się to nie sprawdzi), czy "ok, dziś odpuszczę, szczególnie, że waga jest nadal wysoka, najem się wszystkiego na co mam ochotę, zwymiotuję, żeby nie przytyć, a jutro będę kontynuować mój plan" (naiwnie wierząc, że to będzie jeden jedyny raz, który w dodatku nie pozostawi żadnych negatywnych skutków na moim ciele), ale również "przestań się męczyć, i tak nie schudniesz, nie będziesz miała ciała, które Ci się marzy (zapewne nie, ale przynajmniej mogę je ulepszyć, zamiast dalej niszczyć), nigdzie nie wyjedziesz, a nawet jeśli, to pewnie się z nim nie zobaczysz, bo będzie zaangażowany w związek z tamtą dziewczyną, może już nawet żonaty, nie będzie Cię pewnie nawet pamiętał, a w najlepszym wypadku spotkasz się z nim, usłyszysz parę komplementów, pójdziecie do łóżka i na nowo zaczniesz proces zapominania o nim - nie warto". Później oczywiście kolejny wewnętrzny sprzeciw "uda Ci się, a nawet jeśli nie zobaczysz się z tym facetem, to i tak odwiedzisz Szczecin i poinformujesz go o tym, a jeśli się z Tobą spotka, udowodnisz, że jesteś wartościową, silną kobietą, poradziłaś sobie SAMA ze swoimi problemami i przeciwnościami losu i osiągnęłaś naprawdę sporo jak na względnie krótki okres czasu i na pewno nie pójdziesz z nim do łóżka". Teraz kiedy to piszę dociera do mnie jakie to jest chore myślenie. Chyba naprawdę coś jest ze mną nie tak (może to jednak borderline?), bo nawet pisząc tego posta z milion razy pomyślałam sobie "jestem silna, dziś dam radę, a nawet zaraz poćwiczę, chce mi się walczyć... mimo głodu" na przemian z "a może jednak coś zjem, skoro i tak dużo ważę... jest mi zimno i źle, w życiu nie będę ćwiczyć, faktycznie pewnie nic nie osiągnę". A co zrobię? Zabawne, ale sama nie wiem, czy znajdę w sobie na tyle siły, by ruszyć mój (na szczęście nadal) wspaniały tyłek i chociaż trochę się poruszać (szczególnie, że jestem przemarznięta i przydałoby mi się trochę rozgrzewki), czy wygrają dołujące myśli i jedzenie nade mną zapanuje (tak się nie stanie!), czy może obejrzę serial, a zaraz potem pójdę spać. I jeszcze jedno postanowienie, z którym na razie nie dałam sobie rady - nie kaleczyć więcej swojego ciała (z nudów, złości, zdenerwowania), a wręcz przeciwnie zadbać o nie (choćby regularnym nawilżaniem). Jak będzie?


Na razie słucham skocznych piosenek, żeby niepotrzebnie się nie zdołować muzyką i żyć w przekonaniu, że żadne psychotropy nie są mi potrzebne do znormalizowania nastroju, jak twierdzi psychiatra. Nawiasem mówiąc na razie przestałam do niego chodzić. Nie wykupiłam nawet leku, który mi ostatnio, pomimo mojego sprzeciwu, przepisał, więc nie widzę sensu iść na kontrolę. Jak dla mnie te leki to w dużej mierze placebo, bo żadna tabletka nie powstrzyma mnie od napadu i wymiotowania, jeśli nie zrobię tego ja sama, tak samo jak żadna tabletka nie poprawi mi nastroju, kiedy będę skrajnie załamana. Jedynym ich faktycznym działaniem jest senność, która do szczęścia (ani zdrowienia) potrzebna mi nie jest. Zastanawiam się też nad psychoterapią i nie wiem, czy jest sens ją kontynuować, szczególnie, że przeważnie wpędza mnie tylko niepotrzebne "w maliny" i sprawia, że wyolbrzymiam swoje problemy, a i nieraz sobie pobłażam, wierząc w to, że rzeczywiście coś ze mną nie tak - "jestem chora psychicznie, więc mogę sobie to, czy tamto wybaczyć". Faktem jest, że mam problemy z jedzeniem, ale czy aby na pewno aż takie, żeby nie poradzić sobie bez pomocy specjalisty? A do tego ten szpital psychiatryczny... Chcieliby mnie zamknąć, żeby mieć problem z głowy, a z tego co mi wiadomo problemy się rozwiązuje, a nie zamiata pod dywan. Wycięłabym sobie jakiś okres z życia, niewykluczone, że dopiero wtedy prawdziwie niszcząc psychikę (jestem zdania, że pobyt w szpitalu psychiatrycznym w moim przypadku to jak wyrwanie zęba, który można wyleczyć - istnieje szereg innych możliwości, ale wybiera się to najprostsze, pozostawiając ślad tegoż działania na całe życie), a w dodatku nie mając gwarancji, że po wyjściu stamtąd mój problem przestanie istnieć lub nie będzie dla mnie problemem radzenie sobie z nim. Wbrew pozorom i bez tego, z mniejszym lub większym wysiłkiem, potrafię walczyć i wygrywać! Wygrywać z najgorszym przeciwnikiem - samą sobą...



Podłamałam się dzisiaj trochę dużym (dużym w stosunku do ilości i pory jedzenia) brzuchem i wskazaniem wagi. Otóż wczoraj zjadłam tylko 2 małe jabłka, banana, skibkę chleba z masłem i jogurt pitny (w okolicach godziny 18). Odmówiłam sobie nawet wieczorem świeżutkich kajzerek, których tata sporo nakupił, a które tak uwielbiam, pokonałam ogromną chęć (zarówno psychiczną jak i fizyczną) na słodycze i cokolwiek innego (co pomogłoby na fizyczny głód, a zarazem z pewnością pociągnęło za sobą zaspokajanie głodu psychicznego), nie poddałam się nawet po kłótni z mamą i kolejnej uwadze odnoście mojego odżywiania. Popłakałam się tylko. I pomogło. Teraz wiem, że lepiej płakać niż jeść. Dziś z kolei na śniadanie zjadłam 2 kajzerki (1 suchą, a drugą z serem topionym i papryką oraz masłem, serem żółtym i papryką - pech chciał, że przypadkowo wzięłam 2 plasterki sera - spowodowało to psychiczną samoagresję i chęć wyciągnięcia białej flagi, a jednak przemogłam się) i banana, a później jeszcze tylko jabłko, 4 marchewki i resztkę papryki, która została mi od rana (ok. godziny 17). I ograniczyłam też kawę. Waga wczoraj przed ostatnim posiłkiem wynosiła 68,5 kg, z kolei dziś 68,7 kg. Ale domyślam się, że to wynik ostatniego głodzenia i póki co nic na to nie poradzę. Trzeba czekać, byle nie zwątpić. W gruncie rzeczy lepsza taka waga niż wyższa. Z czasem pewnie zwiększę ilość jedzenia, ale na wieczór nie chce już jeść, a na pewno nie w takich ilościach jak kiedyś. 

A to ja. Po lewej 80 kg, po prawej 65 kg.
Różnicę widać szczególnie w przypadku brzucha. Obecnie jest coś pomiędzy.