niedziela, 28 maja 2017

Przepraszam za opóźnienia

Kolejny post już od tygodnia jest w "budowie". Niestety wciąż brak mi czasu na jego dokończenie i dopracowanie.
W pracy mam obecnie taki młyn, że po powrocie brak mi sił na cokolwiek. A wynika to nie stricte z charakteru pracy, a z braku odpowiedniej ilości pracowników. Firma się szybko rozwija, dochodzi obowiązków, a pracowników zamiast więcej to jeszcze mniej. Nie mniej być może po części dzięki tej sytuacji czeka mnie solidna podwyżka, a przy okazji zmiana zakresu obowiązków. Chcąc nie chcąc stanę się bardziej pracownikiem biurowym niż magazynierem, a tak naprawdę 2 w 1... pracownikiem biurowo-magazynowym na magazynie. Tyle o pracy. W weekendy za to nadganiam życie: piorę, sprzątam, gotuję i próbuję odpocząć.
Wspomniany na początku post, podsumowujący moją dotychczasową "przygodę" z zaburzeniami odżywiania, dietami i niewątpliwie skrzywionymi myślami, niebawem na pewno powstanie! Opowiem w nim jak to się właściwie wszystko zaczęło.

:)

czwartek, 11 maja 2017

Nażreć się

Znowu gubi mnie stare przyzwyczajenie, taki głupi schemat. Jestem totalnie zmęczona, wyjątkowo głodna, zmartwiona, niewyspana, a najlepiej jak wszystko razem! Wtedy po prostu MUSI być chujowo. Patrząc "na chłodno" na zmęczenie najlepszy odpoczynek, na głód - pełnowartościowy posiłek, na zmartwienia chociażby rozmowa z chłopakiem, odmóżdżająca muzyka, czy cokolwiek innego, a na niewyspanie - sen. Dlaczego więc zawsze wtedy jem? A właściwie żrę. Nieważne co, byle coś mielić, byle poczuć się jak wypchanay po brzegi worek treningowy. Powiem więcej - jak śmieć. Nic niewarty, niepotrzebny. Wszystko jest do dupy i Ty też. I wszystko dzieje się zanim pomyślisz, że można inaczej. Wiem, że nie tylko ja tak mam. Nie wiem tylko jak nie robić sobie tego więcej. Bo nie rozwiązuje problemu to, że dziś to zaakceptowałam, uznając za gorszy dzień. Oczywiście i tak uważam to za wielki sukces (przyznać się przed sobą, zaakceptować, a potem ten konkretny incydent puścić w niepamięć i z tego punktu zacząć działać rozsądnie: przestać żreć, pogadać z nim <3, puścić moje ukochane disco polo i pójść spać), ale jednak czegoś mi brakuje. Czego? Sposobu na zatrzymanie nierozsądnych działań. Chyba. Bo da się w ogóle nauczyć najpierw myśleć, a dopiero potem działać, jeśli całe dotychczasowe życie robiło się na odwrót? W TYM KONKRETNYM PRZYPADKU?! Bo właśnie sobie uświadomiłam, że tak ogólnie w życiu to ja najpierw sto razy pomyślę, przeanalizuję sytuację, zapytam kogoś, a dopiero potem zrobię (albo i nie zrobię - i chyba zazwyczaj z tej opcji korzystam). Jestem strasznie przezorna i zabezpieczam się nawet od absurdalnych sytuacji, które raczej miejsca mieć nie będą. No a z tym żarciem... z tym żarciem to tak jakoś nie potrafię.

niedziela, 7 maja 2017

Kocham góry!

Tak szczerze pisząc to kocham wyjazdy z moim ukochanym w ogóle, kocham czas spędzony poza domem, poza tym chorym środowiskiem, w którym się wychowałam i cały czas pozostaje mi żyć. Ale góry są wyjątkowe. Widoki, górskie powietrze no i wyzwania. Każdego dnia inne. A ja uwielbiam jak coś się dzieje! Jak każdy dzień jest inny, jak nie ma szans na planowanie szczegółów.

W drodze na Ślężę:



Na szczycie Ślęży:


Moje nowe butki po wejściu na pierwszą w życiu górę (Ślężę) :D


W drodze powrotnej:




W drodze na Chojnik:


Widoki z zamku na Chojniku:




W drodze powrotnej:





A tu w Czechach, w Harrachov:



Pierwsze kroki w drodze na Śnieżkę:


i kolejne:



Na wysokości 1258 m n.p.m.:



i jeszcze nieco wyżej: 



Ostatecznie na sam szczyt Śnieżki nie dotarliśmy i co ciekawe nie dlatego, że zabrakło nam sił, a jedynie dlatego, że robiło się późno i napotkaliśmy złowrogie chmury.

W drodze powrotnej:




A tu już dzień powrotu - wodospad Kamieńczyka:



No i filmy! 



Polecam od 2:47 :P



sobota, 29 kwietnia 2017

Ogłoszenia parafialne (?)

Tak sobie myślę, że fajnie byłoby wrócić do pisania bloga. Raz na tydzień skrobnąć krótki post podsumowujący miniony tydzień lub rozwijający jakieś bieżące przemyślenie, niewykluczone, że wzbogacony jakimś ciekawym (lub mniej ciekawym :D) zdjęciem, zamiast zbierać się miesiącami do jednego wielowątkowego posta, który w rezultacie w ogóle nie powstaje lub nie jest opublikowany. Idealnie nigdy nie będzie! O!

No to teraz po krótce co tam u mnie słychać!

1. Dieta + waga
Szczerze i w skrócie? Jem co chcę i ile chcę i czasem nawet chudnę. Obecnie ważę 72 kg i jakoś nie spędza mi to snu z powiek. Generalnie możnaby temat rozwinąć, ale miało być krótko, więc zostawię ten temat na osobnego posta :)

2. Praca
Nie dziwota, że moja (nad)waga nie spędza mi snu z powiek, skoro pracuję. I to już od ponad 2 miesięcy! I znów w skrócie - firma zajmuje się dystrybucją drogich kosmetyków, a ja pracuję tam jako... magazynier! Wbrew silnym naciskom szefowej i koleżanek z biura, a nawet pomimo większych pieniędzy, nie dałam się namówić na pracę biurową (po ostatniej wiem, że to nie dla mnie). Co więcej i tak zarabiam więcej niż w ostatniej pracy (biurowej). Mam umowę o pracę (co chyba można uznać za swego rodzaju luksus), tańsze kosmetyki i 10 minut pieszo do firmy. Póki co jestem więc zadowolona.

3. Rocznica
W minionym tygodniu, 25 kwietnia, minęły 2 lata odkąd jestem szczęśliwie zakochana! Poza ślicznymi kwiatami, dostałam to:



Chyba najpiękniejszy prezent jaki mogłam dostać <3

4. Góry
Już jutro wyruszam w góry! Nie licząc wycieczki klasowej, pierwszy raz w życiu, więc jestem podjarana jak dzieciak. W przyszłym tygodniu podzielę się pewnie jakimiś fajowskimi zdjęciami :)

sobota, 14 stycznia 2017

w tył zwrot

Znam to dokładnie. Znam swój następny krok i wiem dokąd ten i następny krok mnie zaprowadzą. Jakbym miała dar przewidywania przyszłości. To jest tak oczywiste, a jednak nie potrafię się zatrzymać. I zacząć się cofać już teraz. Uciekać zanim wpadnę w otchłań żarcia, zanim zatracę się w tych wszystkich śmieciach. Zanim czekolada stanie się najważniejszą częścią mojego życia, nawet wtedy kiedy szczerze nie mam na nią ochoty. Pierwszy dzień obżarstwa jakiś taki niezauważony, nawet nie wiem kiedy to się stało. Zjadłam więcej, ale przecież nie narzucałam na siebie żadnych restrykcji. Jadłam intuicyjnie, nie za dużo, według jakiegoś niezbyt sztywnego schematu. Było fajnie. Było coś poza jedzeniem. Było życie. No właśnie - BYŁO. Później kolejny dzień, niby nic szczególnego, każdemu się zdarza. I kolejny. Tym razem poczułam, że tyję. Że rozrastam się niczym babka drożdżowa. Ale to jeszcze daleko wagi najwyższej, więc co mi szkodzi jeszcze dziś się nażreć. No dobra, któregoś dnia w końcu poczułam, że przeginam. Poczułam i nic z tym nie zrobiłam. Żarłam dalej, byle zeżreć wszystko co mam w zapasie. Teraz, zaraz. I zacząć "od jutra". Albo nie, lepiej od poniedziałku. Dam sobie dodatkowy dzień na pozamiatanie zapasów. A co potem? Jutro nigdy nie nadejdzie, a poniedziałek jest pojutrze, za 8 dni, za 15 dni, za 43 dni i za 225 dni również. Cholerny poniedziałek! Jebane diety! Naiwne postanowienia! Z uzależnieniem i tak w ten sposób nie wygram. Już próbowałam. Według wagi ważę jakieś 73 kg, według lustra, ciuchów i samopoczucia grubo ponad 100. Wszystko wokół jest takie samo, a ja naiwnie wierzę, że coś się wydarzy poza moim udziałem. Bez MOICH właściwych decyzji, bez zmian w MOIM życiu, bez MOJEGO wysiłku. Ot tak. Faktycznie MOJE zmiena wszystko, jak mówią w jakiejś reklamie. Tylko dlaczego w jednej sekundzie chcę się zatrzymać i przypierdolić głową w mur z czekolady, zobaczyć czekoladowe gwiazdki i spierdzielać w drugą stronę, a w drugiej iść powoli do przodu, w tę złą stronę, udając, że tego wszystkiego nie czuję, że nie wiem co się wydarzy po sto pierwszym wafelku i trzydziestej paczce chipsów na przestrzeniu kilku tylko dni. Wszystkich oszukam, a samej siebie nie oszukam. Mogę czekać, ale nie chcę. W tył zwrot. Teraz!